Czerwiec 2015

Czy Żydzi kolaborowali z Niemcami w czasie wojny?

Zapraszam do lektury ciekawego artykułu autorstwa Pana Leszka Pietrzaka. Artykuł porusza drażliwy temat stosunków polsko-żydowskich w czasie niemieckiej okupacji. Tekst jest drażliwy ponieważ w jasny i otwarty sposób, bez ogródek wytyka coś co strona żydowska próbuje zatuszować i wymazać ze zbiorowej świadomości historycznej nie tylko Polaków ale i innych narodów świata. Historia ma to do siebie, że jest nauką o faktach dokonanych, których się nie da w żaden sposób zmienić. Chyba, że za pomocą konsekwentnie powtarzanych kłamstw. Dlatego zdecydowałem się na publikację tego artykułu, który moim zdaniem rzuca nieco światła rozjaśniając ciemność kłamstwa oczerniającego pamięć naszych przodków. Dążenie do prawdy historycznej jest tym bardziej ważne w czasach kiedy za nasze pieniądze w Warszawie wybudowano Muzeum Żydów Polskich. Muzeum to jest potrzebne ale tylko wtedy kiedy w sposób uczciwy pokazuje wszystkie aspekty tysiącletniej obecności Żydów w Polsce. Tymczasem w środkach masowego przekazu i w owym muzeum pomijane są wszystkie niewygodne szczegóły tej obecności.  Zapraszam do lektury i dyskusji.

leszekczarny

 W okupowanej przez Niemców Polsce Żydzi kolaborowali znacznie częściej niż Polacy. Robili to nawet wtedy, gdy rozpoczął się Holokaust. Dziś to Polacy nazywani są kolaborantami i wspólnikami Niemców w żydowskiej Zagładzie

Właśnie rozpoczynają się obchody Dnia Pamięci o Shoah, ustanowionego 12 kwietnia 1951 r. przez izraelski parlament. Jak co roku tysiące młodych Izraelczyków przejdą w Marszu Żywych przez teren byłego obozu Auschwitz–Birkenau. Dla młodych Żydów Polska jest krajem, w którym dokonał się Holokaust ich przodków. Są też przeświadczeni, że Polacy brali w nim udział, bo taki obraz serwowany jest im w szkołach.

Obraz Polaków jako wspólników Hitlera został w ostatnich latach utrwalony w literaturze, kinie, mediach i całej światowej przestrzeni informacyjnej. Książki Jerzego Kosińskiego („Malowany ptak”) czy Benjamina Wilkomirskiego („Urywki. Z dzieciństwa 1939–1948″) udowodniły, że Polacy zajęli właśnie taką postawę w czasie wojny. Beletrystyka Kosińskiego i Wilkomirskiego, której znajomość obowiązuje uczniów izraelskich szkół, traktowana jest niczym historyczne dokumenty. Podobne stereotypy utrwaliło kino. Od czasów dokumentalnego filmu „Shoah” Claude’a Lanzmana przy temacie Holokaustu X muza pokazuje Polaków jako wspólników Hitlera.

Obraz ten utrwalają też historycy. Głośnym echem w ostatnich latach odbiła się książka profesora Harvardu Daniela Jonaha Goldhagena „Gorliwi kaci Hitlera”, która stała się nawet czymś w rodzaju biblii „w wersji dla początkujących”. Chyba to właśnie sprawiło, że w światowej przestrzeni informacyjnej, gdy mowa o żydowskiej Zagładzie, w tle pojawia się obraz Polaków jako narodu czynnie w nią zaangażowanego.

Co gorsze coraz częściej powielany jest on w Polsce. Wystarczy wspomnieć o głośnej książce Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi: Historia zagłady żydowskiego miasteczka”, opisującej żydowski pogrom w Jedwabnem, jakiego mieli dopuścić się tamtejsi mieszkańcy. W szerokim nurcie rzekomej kolaboracji Polaków z Hitlerem utrzymany jest również ostatni film Agnieszki Holland „W ciemności” opowiadający jedną z historii, jakie mogły wydarzyć się w czasach Zagłady.

Przekaz, że Polacy są wspólnikami Niemców, jest zabiegiem świadomym. Ma zasłonić obraz postaw samych Żydów wobec niemieckiego okupanta. A te, jak pokazują wyniki badań historycznych, nie były monolitem. Wielu Żydów, zanim zostało ofiarami Zagłady, dopuściło się zbrodni największej: kolaboracji i współpracy z oprawcami.

Entuzjazm dla okupantów

Już we wrześniu 1939 r., gdy w Polsce toczyła się jeszcze kampania wojenna, żydowscy mieszkańcy wielu polskich miast i miasteczek witali uroczyście wkraczające oddziały Wehrmachtu. Tak było m.in. w Łodzi i Pabianicach, gdzie z inicjatywy miejscowych Żydów zbudowano nawet ukwiecone triumfalne bramy, a delegacje witały niemieckich żołnierzy chlebem i solą. Taka postawa nie była niczym zaskakującym. Gdy zaczynała się wojna, spora część Żydów była przekonana, że by odnaleźć się w nowej rzeczywistości, wystarczy jedynie respektować niemiecki porządek.

Przyjęcie takiego punktu widzenia w oczywisty sposób nakazywało potępienie tego, co było wcześniej – przedwojennego polskiego państwa, które w ich ocenie nie było nawet w stanie się obronić. Wyrazy tego potępienia widać było jeszcze mocniej na Kresach Wschodnich, 17 września 1939 r. zajętych przez Sowietów. W wielu kresowych miasteczkach równie triumfalnie Żydzi witali okupantów sowieckich. W ich zachowaniu była niejednokrotnie nie tylko radość z upadku polskiego państwa, ale i drwina z samych Polaków. Według relacji świadków mówili: „Już się wasza zasrana Polska skończyła” albo „chcieliście Polskę bez Żydów, a macie Żydów bez Polski”.

Ale na Kresach radość sporej części Żydów nie skończyła się tylko na powitaniu wkraczającej Armii Czerwonej. Jesienią 1939 r. setki kresowych Żydów zaangażowały się w kampanię propagandową przed zaplanowanymi na 22 października sowieckimi wyborami do Zgromadzeń Narodowych Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi, które miały zadecydować o przyłączeniu tych terenów do Związku Sowieckiego. Zdecydowana większość ludności żydowskiej Kresów głosowała właśnie za ich przyłączeniem do Związku Sowieckiego. Porzucenie Polski i entuzjazm dla jej okupantów nie wyrażali jedynie komunizujący jeszcze przed wojną Żydzi.

Nową optykę przyjmowali nader często przedstawiciele przedwojennej żydowskiej elity. Jakub Wygodski – w latach 1922–1930 poseł na Sejm RP i prezes gminy żydowskiej w Wilnie – już w październiku 1939 r. poparł likwidację przez Niemców i Sowietów państwa polskiego. Jasno wówczas deklarował, że „większość społeczeństwa żydowskiego wyraża zadowolenie, że do Wilna wkroczyli Litwini”. Wygodski szybko stał się z własnego wyboru obywatelem Litwy Jokūbasem Vygodskism. Podobne stanowisko zajął Icchak Giterman, pochodzący z Ukrainy, a w latach 1926–1939 dyrektor krajowego oddziału organizacji charytatywno-pomocowej American Joint Distribution Commitee (AJDC).

Gdy po kampanii wrześniowej znalazł się w Wilnie, publicznie pochwalił zabór Wilna przez Litwinów i wystąpił o litewskie obywatelstwo. Jesienią 1939 r. co najmniej kilka tysięcy Żydów z Wileńszczyzny porzuciło Polskę, stając się obywatelami Litwy. Ale Żydzi równie chętnie przyjmowali obywatelstwo sowieckie, zostawali też funkcjonariuszami nowej sowieckiej administracji. Oczywiście, że nie cała, nawet nie większość społeczności żydowskiej, jaka zamieszkiwała przedwojenną Polskę, wyrażała radość z powodu jej upadku i entuzjazm dla jej okupantów. Ale jesienią 1939 r. takie postawy wśród Żydów były nader częste. A był to dopiero początek wojny.

Królowie gett

Niemcy tworzyli getta już od października 1939 r. Skupienie olbrzymiej masy ludności na małej powierzchni i pozbawienie jej możliwości wychodzenia poza wyznaczony teren samo w sobie służyło jej eksterminacji. Do tego doszedł głód i epidemie. Ale zarządzanie gettami przez Niemców nie byłoby w ogóle możliwe, gdyby nie istniały w nich żydowskie Judenraty i podporządkowana im żydowska policja. Formalnie rozkaz do tworzenia Judenratów wydał szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) Reinhard Heydrich. Zarządzenia Hansa Franka z 18 listopada 1939 r. mówiło, że w miejscowościach mniejszych Judenrat miał składać się z 12 członków, w miastach powyżej 10 tys. mieszkańców musiał on zaś liczyć co najmniej 24 członków.

Kompetencje Judenratów ograniczały się do ścisłego wykonywania poleceń okupanta. Miały dostarczać robotników, organizować wysyłki ludzi do obozów pracy, zbierać i przekazywać kontrybucje niemieckiemu okupantowi. Gdy zaczęła się Zagłada, to Judenraty na polecenie Niemców organizowały deportację Żydów do obozów zagłady. Na początku usiłowały lawirować pomiędzy spełnianiem żądań Niemców a próbą obrony żydowskiej ludności, w przekonaniu, że w ten sposób uda się uratować chociaż jej część. Taka kalkulacja nie przynosiła jednak oczekiwanych efektów. Była to całkowicie błędna filozofia poświęcenia jednych Żydów w imię rzekomego przeżycia innych. Hannah Arendt w głośnej książce pt. „Eichmann w Jerozolimie” z 1963 r. oskarżyła Judenraty o czynny udział w żydowskiej Zagładzie.

Jej zdaniem bez ich udziału w rejestracji Żydów, koncentracji w gettach, a potem aktywnej pomocy w kierowaniu do obozów, zginęłoby dużo mniej Żydów. Niemcy mieliby kłopot z ich spisaniem i wyszukiwaniem. Krótko mówiąc, praca Judenratów usprawniała i przyspieszała żydowską Zagładę. A niektórzy ich szefowie pomagali Niemcom szczególnie. Legendarny Chaim Rumkowski został mianowany przez Niemców szefem Judenratu w łódzkim getcie. Był prawdziwym królem getta, panem życia i śmierci tysięcy rodaków. Z niespotykaną gorliwością i bezwzględnością wykonywał wszelkie niemieckie polecenia.

Za jego czasów działy się w łódzkim getcie rzeczy niewyobrażalne. Tak było m.in. 4 września 1943 r., gdy Rumkowski zażądał od mieszkańców getta oddania swoich dzieci po to, aby następnie wysłać je do obozów zagłady. Były przewodniczący izraelskiego Knesetu Szewach Weiss – sam jako dziecko uratowany z Zagłady – powiedział, że „gdyby Rumkowski nie zginął w Auschwitz, stanąłby po wojnie przed sądem”. Królami w swoich gettach było wielu innych szefów żydowskich Judenratów – Mojżesz Meryn z Sosnowca, Efraim Barsz z Białegostoku, Jakub Gens z Wilna czy Józef Parnas ze Lwowa. Oni i ich Judenraty byli współsprawcami żydowskiej Zagłady.

Strażnicy Zagłady

Jeszcze większą odpowiedzialność od Judenratów za żydowską Zagładę ponosi Żydowska Służba Porządkowa (Jüdischer Ordnungsdienst), zwana potocznie policją żydowską. Była najsprawniejszym narzędziem w rękach Niemców. Tylko w warszawskim getcie służbę pełniło około 2500 żydowskich policjantów. W drugim co wielkości – getcie łódzkim było ich 1200, w getcie lwowskim zaś prawie 500. W skali całej okupowanej przez Niemców Polski mogło to być nawet kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Na co dzień członkowie Żydowskiej Służby Porządkowej dokonywali rekwizycji, łapanek i kierowali tysiące Żydów do transportów śmierci.

Robili to z gorliwością i bezwzględnością. O tej bezwzględności może świadczyć m.in. to, że – jak stwierdził Baruch Goldstein, przed wojną współorganizator bojówek Bundu – „każdego dnia, by uratować własną skórę, każdy policjant żydowski przyprowadzał siedem osób, aby je poświęcić na ołtarzu dyskryminacji. Przyprowadzał ze sobą kogokolwiek, mógł schwytać – przyjaciół, krewnych, nawet członków najbliższej rodziny”. Żydowska policja budziła przerażenie i wstręt wśród mieszkańców getta. Miała ona w swoich szeregach postacie szczególnie odrażające. Był nią na pewno Józef Szeryński – przedwojenny inspektor policji państwowej w Lublinie, który został szefem żydowskiej policji w warszawskim getcie.

W czasie największego dramatu warszawskiego getta osobiście brał udział w selekcji Żydów do transportów „śmierci”, kierowanych do Treblinki. Pilnował, aby trafiły tam także dzieci i chorzy. Taką postacią był również zastępca Szeryńskiego – przedwojenny adwokat Jakub Lejkin. On także osobiście nadzorował deportację warszawskich Żydów do Treblinki. Robił to szczególnie gorliwie na przestrzeni lipca i września 1942 r., z zapałem wyciągając swoich współbraci z mieszkań i kryjówek. Robił to na oczach obserwujących i fotografujących wszystko Niemców.

Ale byli także inni, którzy nie zawahali się posłać na śmierć nawet swoich najbliższych. Anatol Chari – żydowski policjant w łódzkim getcie wepchnął do transportu śmierci swoją narzeczoną. Calek Perechodnik – policjant w getcie w podwarszawskim Otwocku – umieścił w transporcie do Treblinki swoją żonę i dwuletnią córeczkę. Najsłynniejszy kronikarz warszawskiego getta Emanuel Ringelblum o roli żydowskiej policji pisał, że „wyróżniała się również straszliwą korupcją i demoralizacją”.

                                            Powyżej żydowska milicja w niemieckiej służbie

Agenci gestapo

Wśród Żydów byli także ci, którzy zostawali agentami niemieckiego gestapo. Były ich dziesiątki, a może nawet setki. Nikt ich nie policzył. To oni, działając skrycie, wydawali innych Żydów na śmierć, szantażowali ich, wymuszali od nich haracz i byli szmalcownikami. Na bieżąco składali do gestapo meldunki na swoich współbraci. Nie działali tylko w gettach. Specjalne przepustki umożliwiały im poruszanie się także po aryjskiej stronie, czasami nawet po terenie całej Generalnej Guberni. Wiernie służyli niemieckim oprawcom swoich rodzin, żon i dzieci. Robili to bez jakichkolwiek zahamowań, z własnego wyboru, tylko w imię większej porcji żywności lub czasowych przywilejów.

Czy mogli zerwać się z niemieckiej smyczy? Mogli, mieli nawet taką możliwość, będąc poza murami getta, jednak takich prób nie podejmowali. Dlatego właśnie ich zdrada była na znacznie wyższym poziomie. Byli wśród nich tacy, którzy w sianiu zła wznieśli się na prawdziwe wyżyny. W warszawskim getcie byli to Abraham Gancweich i Dawid Sternfeld – szefowie powstałej w grudniu 1940 r. tzw. trzynastki – składającej się z grupy żydowskich policjantów – agentów. Gancweich przed wojną był nauczycielem i działaczem syjonistycznym, legitymował się również dyplomem rabina. Z kolei Sternfeld był kapitanem przedwojennej policji. Oficjalnie grupa miała zwalczać przemyt i spekulację w getcie, faktycznie jednak jej działalność nakierowana była na kontrolę działalności Judenratu oraz infiltrowanie działających w getcie podziemnych organizacji. Działała również po stronie aryjskiej, gdzie jej członkowie udawali bojowników żydowskiego ruchu oporu.

Spośród agentów „trzynastki” wywodziła się również spora część Żydowskiej Gwardii Wolności – „Żagwi” – specjalnie stworzonej przez warszawskie gestapo i głęboko zakonspirowanej organizacji, w której czołową rolę odgrywał Leon Skosowski „Lonek”. „Żagiew” działała zarówno w getcie warszawskim, jak i poza nim. Zasłynęła przede wszystkim z potężnej afery, której ofiarami padły setki Żydów. Na początku 1943 r. w Hotelu Polskim przy ul. Długiej w Warszawie ulokowana została specjalna ekspozytura „Żagwi”. Grupa żydowskich agentów naganiaczy odszukiwała zamożnych Żydów i w zamian za pieniądze oferowała im paszporty, wizy oraz możliwość wyjazdu do innych krajów. Stawką było co najmniej 20 złotych dolarów od głowy.

Do Hotelu Polskiego zgłaszali się Żydzi z całej Warszawy, licząc, że dzięki posiadanym środkom będą mogli rzeczywiście wyjechać z Polski. Tam kupowali paszporty i oczekiwali na dalszą podróż za granicę. Była to jednak sprytna pułapka, od początku wymyślona przez warszawskie gestapo, które w ten sposób wywabiało Żydów z kryjówek po aryjskiej stronie, by później ich zamordować. Szacuje się, że w wyniku całej prowokacji Niemcy mogli ująć i zamordować nawet 2,5 tysiąca Żydów. Podziemny Żydowski Związek Wojskowy (ŻZW) wytropił działalność „Żagwi” i przy współpracy AK na agentach wykonano 70 wyroków śmierci. Jednym z ostatnich zlikwidowanych był Leon Skosowski.

Ale żydowscy agenci gestapo działali skutecznie także w innych miastach. W Krakowie było kilka siatek. Najgroźniejszą kierował Józef Diamand. Jej członkowie niejednokrotnie podszywali się pod ludzi polskiego podziemia, denuncjowali nie tylko ukrywających się Żydów, ale i Polaków. Krakowski Kedyw od lata 1943 r. do wiosny 1944 r. podjął własną grę z siatką agentów Diamanda, likwidując kilkunastu jej członków. Ale Diamand zawsze wychodził cało z pułapek AK. W końcu jednak został zastrzelony przez Niemców w więzieniu na Montelupich.

Prawdziwym agentem zła był w lubelskim getcie Szama Grajer – człowiek przedwojennego lubelskiego półświatka, który gdy trafił do więzienia, zgodził się pracować dla gestapo. Niemcy pozwolili mu nawet na otwarcie własnej restauracji, do której drzwi pomalowane były ulubionym przez nazistów kolorem brunatnym. W restauracji Grajera gromadził się świat żydowskich prostytutek, alfonsów i szpicli. U Grajera bywał także kwiat lubelskiej SS, opijając kolejne swoje eksterminacyjne sukcesy w getcie. Ale Grajer przede wszystkim wyciągał rękę po pieniądze i kosztowności innych Żydów. Wydawał ich Niemcom dziesiątkami i zawsze od rodzin ofiar brał łapówki za interwencję w sprawie uwolnienia.

Pamięć to prawda

Żydowski entuzjazm dla okupantów we wrześniu 1939 r., działalność żydowskich Judenratów, żydowskich policjantów i agentów gestapo nie mówią pełnej prawdy o Żydach w czasach Holokaustu. To prawda. Ale i historia Holokaustu bez nich nie jest prawdziwa. Bez prawdy o nich nie będziemy mogli dostrzec dramatycznej walki bojowników Żydowskiego Związku Wojskowego, Żydowskiej Organizacji Bojowej i dramatu, jaki przeżywało 6 milionów ofiar żydowskiej Zagłady, który był dramatem także z powodu działań ich żydowskich współbraci. O tym dramacie nigdy nie możemy zapomnieć.

Nasza pamięć o tym zostanie w kwietniu odnowiona. Będziemy słyszeli i będziemy mówili o tym, co stało się przed 70 laty w okupowanej przez Niemców Polsce. Będziemy widzieli tysiące młodych Izraelczyków, którzy przybędą do Polski, aby zapalić świeczkę i odmówić kadisz w miejscach masowej zagłady swoich braci. Zapewne usłyszymy i przeczytamy też przy tej okazji, że to właśnie Polacy byli jedynymi wspólnikami Niemców w Zagładzie, a wszyscy Żydzi byli jedynie ofiarami. Tylko że winy nie leżą jedynie po polskiej stronie. Są w dużo większym stopniu po stronie żydowskiej. O tym mówią fakty, niestety ciągle świadomie przemilczane.


Frankowie

Frankowie byli konfederacją plemion germańskich, pierwotnie zamieszkującą między Renem i Wezerą. Wiodącą rolę wśród tych plemion odgrywali Frankowie rypuarscy i Frankowie saliccy. Pochodzenie nazwy "Frank" jest przedmiotem dyskusji, niektórzy historycy twierdzą, że nazwa ma związek z angielskim słowem "Frank" co znaczy "prawdziwe lub szczere" . Wielu historyków odrzuca ten argument, powołując się na bardziej prawdopodobne pochodzenie słowa, wskazując na słowa "franca" lub "frakka" oznaczające w języku starogermańskim "oszczep" ulubioną broń Franków.

 

Rzymianie wiele razy wspominali o  wykorzystywanych w walce przez Franków małych toporkach służących do rzucania (po łacinie, francisca) jest to kolejne i prawdopodobne źródło  nazwy Franków. Według legendy odnotowanej w Kronice Fredegara z VII wieku n.e. Frankowie mieli pochodzić z Troi. Jest to oczywiście legenda nie traktowana poważnie a miejscem w którym najpewniej uformowała się konfederacja Franków są tereny wokół miasta Mainz.

 

Poczynając od V wieku n.e. Frankowie wykorzystując słabnącą pozycję Rzymu w północnej Europie zajmują tereny dzisiejszej Belgii i północnej Francji. Frankowie kontynuują proces rozbudowy swego władztwa i w pierwszej połowie VI wieku n.e. przejmują  kontrolę nad częścią centralnej i południowej Francji oraz niewielkiej części północnej Hiszpanii. Pozostając przez długi czas sąsiadami Rzymu, Frankowie wielokrotnie najeżdżali ziemie Imperium jednak niektórzy z Franków służyli w armii rzymskiej. Kilku potężnych przywódców frankońskich jak na przykład Childeryk czy jego syn Chlodwig I, który skonsolidował Franków i przyjął chrześcijaństwo jest wymienionych w dokumentach rzymskich. Ekspansja Franków trwała do VIII wieku do czasów Karola Wielkiego, kiedy to Frankowie okupowali prawie całe terytorium Europy zachodniej.

 

 

                                                         Powyżej wojownik frankoński

Frankowie pojawiają się w źródłach łacińskich po raz pierwszy w roku 257 n.e. wymienieni wśród wrogów Rzymu w północnej Galii. Byli zagrożeniem nie tylko na lądzie, ale także na morzu (Frankowie saliccy byli doskonali się w bitwach morskich a Frankowie rypuarscy na lądzie). Pod koniec III wieku n.e. grupy Franków dołączyły do Sasów w południowej części Morza Północnego i Kanału La Manche, zamieniając się w piratów operujących na szlakach żeglugowych a także dokonując najazdów na wybrzeża Brytanii i Galii. Za panowania cesarza Maksymiana Rzym podpisaał traktat z Frankami w 287 roku n.e. w ramach umowy wielu Franków zaciągnęło się do armii rzymskiej.

 

Obecność Franków w armii Rzymu stale rosła aż w końcu w IV wieku n.e. Frankowie byli największym nie-rzymskim komponentem w armii Rzymu. Co ciekawe, niektórzy z Franków utrzymali swój status zarówno pośród Franków jak i w rzymskiej hierarchii. Osoba taką był niejaki Mallobaudes, który miał za sobą długą karierę wojskową w armii rzymskiej piastując stanowisko zwane "comes domesticorum" a od 354 roku pełnił funkcję "tribunus armaturarum" będąc zastępcą dowodzącego armią Rzymu w Galii. Jednocześnie jest on opisany w dokumentach rzymskich jako król Franków. W 350 roku n.e. Frankowie mieli już solidną pozycję w północno-wschodniej Galii, ale dopiero w drugiej połowie VI wieku n.e. pod przewodnictwem Childeryka (ok. 440-481 / 482) doszło do kolejnego etapu ekspansji zakończonego dominacją Europy zachodniej.

 

 

W 451 roku n.e. Hunowie pod wodzą Attyli najechali Galię, a Frankowie dołączyli do  Rzymian i Wizygotów pomagając odeprzeć inwazję. Marsz Attyli został zatrzymany w czerwcu 451 roku n.e. w bitwie na Polach Katalaunijskich w dzisiejszej Francji. Po przegranej bitwie Hunowie zmuszeni byli wycofać się z Galii. Frankowie kontynuowali współprace z Rzymem walcząc z wrogami Rzymu w tym z Wizygotami w 463 roku n.e.  i Sasami w 469 roku n.e.

 

 

W 481 roku n.e. władzę nad Frankami objął  nowy władca, syn Childeryka Chlodwig I (466-511 / 513)   który zapoczątkował dynastię Merowingów. Mianowany na króla w młodym wieku 15 lat Chlodwig I stał się potężnym władcą, który skorzystał na słabnącym rzymskim porządku. Już w 486 roku udało mu się przesunąć granice królestwa Franków do Loary w centralnej Francji. Walki z Rzymem i sąsiednimi ludami barbarzyńskimi, powiększyły królestwo Chlodwiga i skonsolidowały państwo pod władzą Merowingów. Jego potomkowie mieli rządzić niepodzielnie  Galią przez następne 200 lat.

 

 

Frankowie pozostawali ciągle poganami w przeciwieństwie do większości plemion barbarzyńskich wyznających już w tym czasie chrześcijaństwo ariańskie. I konwersji na chrześcijaństwo dokonali pózniej w okresie rządów Chlodwiga I.  Dowody na to znaleziono w grobie Childeryka odkrytym w 1653 roku. Odnaleziono tam ślady rytualnych praktyk w formie ofiar zwierzęcych (ofiary z koni). Grzegorz z Tours pierwszy historyk Franków informuje, że Frankowie przeszli na katolicyzm w okresie panowania Chlodwiga I, który zmienił wiarę po poślubieniu księżniczki burgundzkiej Klotyldy (pózniejszej świętej) i po pokonaniu Alemanów około 496 roku. Chlodwig I miał powody polityczne dla tej konwersji, która ułatwiła asymilację z podbitym gallo-rzymskim społeczeństwem swego władztwa a także pozyskanie poparcia wschodniej części Cesarstwa Rzymskiego.

 

W chwili śmierci Chlodwiga I wiele aspektów Królestwa Franków, takich jak język, przekonania religijne, oraz prawa, były mieszanką kultur germańskich, rzymskich i galijskich. Frankowie zachowali wiele manufaktur i branż produkcyjnych pozostałych im po Rzymianach. W połączeniu z tradycyjnym germańskim rzemiosłem, kulturą i stylem artystycznym, wytworzyli własną unikalną kulturę. Zgodnie ze zwyczajem Franków  władzę nad państwem Chlodwig I przekazał synom. Chlodwig miał czterech żyjących synów (piąty zmarł w dzieciństwie), z których każdy objął władzę nad wydzieloną mu przez ojca dzielnicą z najstarszym Teuderykiem I jako seniorem. Jego następcą został w 533 roku  jego syn  Teodebert I tym czasie kontrolujący zachodni brzeg Renu od Morza Północnego po Alpy.

 

Cesarz bizantyjski Justynian był zdecydowany odzyskać utraconą zachodnią część Cesarstwa Rzymskiego. By tego dokonać wysłał pod wodza Belizariusza w 536 roku dużą armię do Italii by odbić ją z rąk Ostrogotów. Teodebert I skorzystał z tej sytuacji poprzez wspieranie obu stron i zaoferował pomoc zarówno Bizantyjczykom i Ostrogotom. Frankowie przejęli kontrolę od Ostrogotów nad Prowansją, którzy nie byli w stanie jej bronić. W 539 roku weszli do północnej Italii i zdobyli Mediolan oraz zajęli znaczną część Ligurii. Jak donosi historyk Prokopiusz Armia Franków miała liczyć 100.000 ludzi i zachowywać się w sposób bardzo dziki. Według relacji Prokopiusza Frankowie choć formalnie ochrzczeni mieli dokonywać pogańskich ofiar z ostrogockich kobiet i dzieci, które po zabiciu wrzucali do rzeki.

 

 

Teudebald syn Teodeberta I został po śmierci ojca jego następcą w 548 roku. Pod presją Bizancjum, Teudebald musiał oddać zdobycze terytorialne w północnej Italii juz na początku swego panowania w 548 roku. Teudebald zmarł w 555 roku a jego ziemie przejął  stryjeczny dziadek, Chlothar I, który następnie stał się królem wszystkich Franków aż do śmierci w 561 roku. P śmierci Chlotara I Królestwo Franków ponownie dzieli się na cztery części rządzone przez czterech synów Chlotara I. Charibert I otrzymał Paryż i przyległe ziemie, Sigebert I otrzymał ziemie zwaną Austrazją ze stolicą w Reims, Chilperic I władał ziemią zwaną Neustria ze stolicą w Soissons a Guntram I odziedziczył po ojcu Królestwo Burgundii wraz z Marsylią i Arles.

 

Ta nowa struktura polityczna okazała się niestabilna i podatna na konflikty spowodowane przez spory terytorialne między frankońskimi władcami. Gdy Charibert umarł w 567 roku wybuchła wojna domowa między Sigebertem i Chilperykiem. Obaj rościli sobie prawo do obszaru Poitiers i Tours. Podobne konflikty i spory wybuchły w następnych latach. W wyniku podziałów i zawirowań politycznych z czterech państewek powstały trzy królestwa Austrazji, Neustrii i Burgundii.

 

Pomimo nowego podziału konflikt między frankońskimi  władcami utrzymał się. W okresie tym widzimy na przemian występujące okresy pokoju i wojny az do roku 613 kiedy to  Frankowie zostali ponownie zjednoczeni pod rządami Chlothara II, syna Chilperyka. Nie zakończyło to konfliktów  podważających stabilność Królestwa Franków. Bitwa pod Tertry w 687 roku między siłami Austrazji po jednej stronie a Neustrii i Burgundii po drugiej wyznaczyła punkt zwrotny. Nieodwracalnie autorytet i władza królów frankońskich słabła. Ostatni władcy z dynastii Merowingów zapisali się w historii jako władcy słabi i zyskali przydomek "królów gnuśnych".

 

Stopniowo stali się marionetkami nie sprawującymi rzeczywistej władzy w państwie. Rzeczywistą władze nad państwem przechwycili potężni urzędnicy pełniący funkcję majordomów. Ostatecznie w 752 roku ostatni król Franków z domu Merowingów Childeryk III został pozbawiony władzy (symbolicznie ogolono mu głowę z długich włosów które według tradycji Franków były symbolem siły i władzy) i zesłany do klasztoru przez Pepina Krótkiego wszystko to za zgoda papieża Zachariasza, który namaścił Pepina na nowego króla Franków.

 

Sygnalizowało to koniec ery Merowingów i początek nowej dynastii Karolingów. Po Pepinie na tron króla Franków w 768 roku wstąpił jego syn Karol zwany Wielkim. Kontynuował on politykę swego ojca polegającą na ścisłej współpracy z papiestwem. Kiedy władca Longobardów Dezyderiusz zagroził papieżowi Hadrianowi I Karol Wielki przekroczył Alpy i wkroczył do Italii rozbijając Longobardów w 774 roku. Pod władzą Karola Wielkiego Królestwo Franków wyrosło na prawdziwe mocarstwo. Do pełni szczęścia Karolowi brakowało tylko wymarzonego tytułu cesarskiego.

                                                             Powyżej Karol Wielki

Otrzymał ten tytuł w Boże Narodzenie  roku 800 z rąk papieża Leona III. Tym samy Karol wielki odrodził Cesarsrtwo Rzymskie na zachodzie. Był to ogromny cios dla Bizancjum którego władcy uważali siebie za prawowitych cesarzy całego Imperium Rzymskiego w jego granicach sprzed rozpadu. 12 lat zajęło Bizantyjczykom uznanie tytułu cesarskiego Karola Wielkiego. Ambitny Karol natomiast sam snuł wielkie plany zjednoczenia pod swoim berłem podzielonego cesarstwa. Pomóc mu w tym miało małżeństwo z bizantyjską cesarzową Ireną. Do planowanego małżeństwa nie doszło i cesarstwo pozostało podzielone na zawsze. Po śmierci Karola Wielkiego w 814 roku zgodnie ze starym zwyczajem Franków państwo podzielono pomiędzy synów Karola.

 

Tak podzielone państwo dało w efekcie początek kilku współczesnym państwom europejskim. A kulturalna fuzja jaką wytworzyli Frankowie, mieszając się i asymilując z wieloma podbitymi przez siebie ludami. Stanowiła fundament z, którego wyrosły te państwa. Niewątpliwie Frankowie wnieśli wiele w proces tworzenia nowej Europy wyrosłej na gruzach Rzymu oraz byli swego rodzajem katalizatorem przejścia ludów północnej Europy z epoki barbarzyńskiej do średniowiecza w, którym rozpoczął się proces tworzenia Europy jaką znamy dzisiaj.


Życie codzienne Słowian cz6

Kolejny odcinek serii, zostanie poświęcony rzemiosłu i pracy w warsztatach. Co natychmiast uderza i dziwi osobę, która poświęci trochę czasu badając wczesnośredniowieczne zapisy na temat Słowiańszczyzny jest to, że tak ważni z punktu widzenia życia codziennego,  wytwórcy różnorakich przedmiotów codziennego użytku bez których często nie sposób się obejść. Zostali niemal całkowicie pominięci i nie zauważeni przez kronikarzy zachodnich którzy towarzyszyli misjonarzom przybywającym na nasze ziemie. Nawet opis misji Ottona z Bambergu,  który jest zwykle zródłem informacji na temat Słowian milczy na ten temat. Dopiero arabski uczony piszący na Sycylii w połowie XII wieku dzieło geograficzne wspomina kilka miast polskich gdzie rzemieślnicy według jego słów są "zręczni i obznajomieni ze swymi zawodami".

 

Wytłumaczeniem tego może być fakt, że w oczach przybysza mieszkańcy miast i osad zlewali się w jedną całość i nie sposób ich było odróżnić. Zwłaszcza, że w tamtym okresie poszczególne zawody nie zajmowały jeszcze osobnych kwartałów w miastach jak to miało miejsce w wiekach pózniejszych. Także same zawody nie były jeszcze w wielu przypadkach jasno rozdzielone. I tak wielu rzemieślników zajmowało się jednocześnie uprawą poletka obok grodu czy też rybactwem na pobliskiej rzece czy jeziorze a w warsztatach pracowali sezonowo łącząc często kilka pokrewnych zajęć jak na przykład szewstwo z garbarstwem czy bursztyniarstwo z rogownictwem, jednym słowem wedle surowców do których mieli dostęp a zwłaszcza narzędzi jakimi dysponowali.

 

Na szczęście nauka może się w tym przypadku obejść bez świadectw pisanych, a liczne znaleziska archeologiczne poświadczają kunszt rzemieślników i różnorodność zawodów występujących na Słowiańszczyznie. Spośród wszystkich zawodów na czoło bardzo szybko wysuwa się kowalstwo w tamtym okresie nierozdzielne z hutnictwem. O ile wyrób przedmiotów z drewna, rogu, kości czy też na przykład tkactwo mogło być uprawiane na własne potrzeby przez niemal każdego to pozyskiwanie i wyrób metalu stały się monopolem wtajemniczonych a przez to cieszących się prestiżem i szacunkiem specjalistów. Z tego powodu kowalstwo przeniknęło w wielu kulturach do sfery kultu i mowa tu nie tylko o kulturach starożytnych ale także o wczesnośredniowiecznej Skandynawii.

Bazę metalurgii stanowiły rudy darniowe, obficie występujące na łąkach i mokradłach. Po wypłukaniu i wysuszeniu materiał wkładano do grubych glinianych naczyń na przemian z węglem drzewnym i prażono przez wiele godzin na otwartym palenisku, zorganizowanym często zaraz obok miejsca wydobycia. W ten sposób uzyskiwano żużel żelazny, który po kilkukrotnym przekuciu przemieniał się w względnie oczyszczony metal. Była to metoda dość prosta, lecz stosowano też bardziej skomplikowany proces.

Budowano gliniane piece (poza murami grodu) zwane dymarkami do nich tez wkładano na przemian z węglem drzewnym rudę. Tu jednak dla podniesienia temperatury stosowano miechy poruszane ręcznie lub nożnie, dzięki temu uzyskiwano temperaturę 1400 C co pozwalało na uzyskanie ciekłego dość czystego metalu. Nauczono się pozyskiwać nie tylko żelazo ale i stal i wykonywać odpowiednie stopy. W wytwarzaniu narzędzi metodą zgrzewania i skuwania łączono żelazo i stal produkując w ten sposób wytrzymałe narzędzie o wytrzymałej stalowej części roboczej, czasami poprzestawano na nawęglaniu żelaza co zapewniało jego utwardzenie.

 

Z tak uzyskanego w wielkim trudzie, drogiego surowca kowale wykonywali i naprawiali różne przedmioty. W małych kuzniach wiejskich najprostsze narzędzia rolnicze takie jak siekiery, noże, sierpy, półkoski, radlice czy części do uprzęży. W grodach wykonywano wiertła, dłuta, pilniki, haczyki do połowu ryb  ale też groty włóczni i strzał, wszystko to co było potrzebne do pracy w gospodarstwie i na wojnie. Wydaje się tylko, że miecze były zbyt trudne w produkcji i sprowadzano je z innych krain, często same głownie, które oprawiane były w lokalnych warsztatach. Wraz z upływem czasu popyt na wyroby kowalskie wzrastał zwłaszcza wśród tworzącej się grupy feudalnej. Zawsze nienasyconej i domagającej się coraz to różnorodniejszego i jakościowo lepszego ekwipunku. Dlatego zakładali swe własne kuznie pracujące na ich potrzeby w grodach i dworach. Reszta kowali mogła wystawić swe produkty na sprzedaż na targowiskach.

 

Kowale pracowali prawie wyłącznie w żelazie. Inne metale używane były do wyrobu ozdób i trudniła się tym osobna grupa metalurgów-złotników. Nazwa ta może być nieco myląca gdyż rzemieślnicy ci ze złotem mieli do czynienia dość rzadko. Pracowali najczęściej w brązie, cynie i ołowiu i z rzadka w srebrze. Odlewali oni ozdoby takie jak charakterystyczne dla kobiet słowiańskich kabłączki dekorujące skroń czy pierścionki, zawieszki. Przetapiali także w małych tygielkach złom srebrny, monety złote i straszą biżuterię na sztabki i bryłki używane w handlu. Warsztaty takie znajdowały się w podgrodziu choć ci najbardziej utalentowani znajdowali zatrudnienie u możnych gdzie pracowali na powierzonym im cennym kruszcu wykonując posrebrzane ostrogi, biżuterię i naczynia, a także naczynia kultowe dla świątyń. Dziełem lokalnych mistrzów była na pewno posrebrzana głowa Trzygława i jego złoty posążek znajdujący się w świątyni wolińskiej.

 

Naczynia metalowe a już na pewno te posrebrzane były luksusem warstw wyższych społeczeństwa. Szerokie masy ludowe zadowolić się musiały naczyniami glinianymi. Początkowo naczyna lepione były metodą chałupniczą przez kobiety. Z czasem na dobre do użytku weszło koło garncarskie obsługiwane przez mężczyzn i w ten sposób narodziła się wyspecjalizowana profesja garncarska. Na początku na kole otaczano tylko górną część naczynia, pózniej także ścianki. Produkcja dobrej jakości ceramiki wymagała dużej zręczności i umiejętności i wiedza ta często przekazywana była z ojca na syna, który latami u boku ojca zbierał doświadczenie. Poszczególni garncarze oznaczali  swe produkty znakami w formie kół, krzyży, swastyk, gwiazd a nawet stylizowanych diagramów zwierzęcych. Znak taki potrzebny był nie tylko jako swego rodzaju logo firmy ale też miał znaczenie praktyczne, odróżniał wyroby poszczególnych garncarzy wypalane wspólnie w jednym ogromnym piecu.

 

Kiedy już jest mowa o ceramice słowiańskiej warto wspomnieć o tym jak bardzo ta ceramika była pożądana w krajach ościennych i uświadomić ludziom w Polsce, że rozpowszechniona opinia o prymitywnej słowiańskiej ceramice jest kłamstwem wymyślonym w XIX i XX wieku przez niemieckich badaczy. Badacze ci kierowali się motywami politycznymi i rasowymi mającymi udowodnić germański suprematyzm nad prymitywnymi Słowianami i udowodnić tym, że transmisja postępu zawsze szła od German do Słowian i nigdy na odwrót. Niestety ich opinie utrwaliły się w kołach naukowych w krajach zachodnich a często były także powielane w Polsce. W rzeczywistości w tej dziedzinie, ceramika słowiańska wyróżnia się wysoką jakością na tle ceramiki skandynawskiej i to właśnie Skandynawowie uczyli się od Słowian. Skandynawowie nie mieli umiejętności i wiedzy w tej dziedzinie czego dowodem są straszne gnioty ulepione przez skandynawskich garncarzy a dziś odnajdywane przez archeologów.

 

Ceramika pochodzenia słowiańskiego była pożądana na terenie całej Skandynawii już od połowy VIII wieku (z tego okresu pochodzą najstarsze przykłady ceramiki słowiańskiej)  i obecna tam aż do wieku XIII. Najbardziej znaczącym typem ceramiki słowiańskiej jest ceramika typu Feldberg (mocno wypalane, wysokie naczynia charakteryzujące się wytrzymałością a zarazem cienkością ścianek, dekorowane linią falistą w górnej części) odnajdywane powszechnie na stanowiskach archeologicznych w całej Skandynawii na przykład w Birce w Szwecji i Kaupang w Norwegii by wspomnieć tylko te dwa gdyż nie ma tu miejsca by wymienić wszystkie z rosnącej liczby stanowisk. Ceramika słowiańska wkładana była często do grobów osób możnych co podkreślało ich status. Jak wykazały badania część ceramiki słowiańskiej odnalezionej w Skandynawii nie pochodziła z importu lecz została wykona na miejscu z lokalnej gliny. Dowodzi to na obecność Słowian w Skandynawii. Zresztą w całej Skandynawii odkrywane są zwarte osiedla słowiańskie (charakterystyczne półziemianki) a także cmentarzyska wskazujące na stały pobyt wielu pokoleń słowiańskich kolonistów na ziemi skandynawskiej.

 

Obok dowodów archeologicznych i znalezisk grobowych aktywną rolę Słowian w kolonizacji Skandynawii potwierdzają skamieliny lingwistyczne i tak na przykład w Danii istnieją do dziś wioski o słowiańsko brzmiących nazwach jak Jelice, Binice, Koselice na samej wyspie Falster jest kilkanaście miejscowości o słowiańskich nazwach jak na przykład Korselice. Na tej to wyspie archeolodzy odkryli pozostałości stoczni. Oczywiście natychmiast uznano, że odnalezione tam statki są jednostkami skandynawskimi, jednak po dodatkowych badaniach wyszło na jaw, że są to statki słowiańskie gdyż w sposób zasadniczy różniły się sposobem budowy od statków skandynawskich (Skandynawowie łączyli elementy statku żelaznymi gwozdziami, Słowianie natomiast preferowali drewniane kołki).

 

Naukowcy Skandynawscy nawet w świetle coraz to nowych odkryć mają stale problem z zaakceptowaniem faktu, że to Słowianie byli też stroną ekspansywną i kolonizującą (w XI w Bornholm był słowiański a Gottlandia w dużej części zasiedlona przez Słowian) objawia się to nawet w wymyślaniu neutralnych nazw dla słowiańskiej ceramiki występującej w Skandynawii takich jak "ceramika bałtycka" czy "ceramika południowo skandynawska" lub ceramika "typu II " wszystko byle nie przyznać, że to ceramika pochodzenia słowiańskiego. Jako ciekawostkę wspomnę tylko, że badania archeologiczne pokazały, że pierwszymi Europejczykami na Islandii byli właśnie Słowianie ( odkryto resztki domów wybudowane na modłę słowiańską) poszlaki tego można nawet odszukać w sagach skandynawskich. Ale to już inna opowieść. Odbiegłem nieco od głównego wątku powróćmy zatem do rzemiosła Słowian.

 

Często odkrywanymi przez archeologów przedmiotami są te wykonane z rogu. Zwłaszcza grzebienie do włosów, grzebienie tkackie, szydła, łyżki, kostki do gry a nawet głowice mieczy. Przed przystąpieniem do obróbki rogu najpierw należało go zmiękczyć. Tak przygotowany surowiec cięto piłkami i strugami oraz  wygładzano pilnikami, następnie toczono na rodzaju tokarki poruszanej nogą za pomocą systemu sznurków i kółek. Czasami przedmiot ozdabiano przy pomocy rylców. W warsztacie rogowiarskim w użyciu były też młotki, kowadełka przecinaki. Najczęściej w obróbce używano rogów jelenia i łosia. Rogowiarze pracowali także na kości wymagającej dodatkowych zabiegów odtłuszczających.  W warsztacie odkrytym na wyspie Wolin naliczono 7 tyś odpadów różnej wielkości, świadczy to o tym, że i ten zawód przechodził z ojca na syna.

 

Pokrewną rogowiarstwu profesją, wymagającą zresztą podobnych narzędzi i często wykonywaną przez tych samych ludzi było bursztyniarstwo, będące specjalnością Słowian zamieszkujących nad Bałtykiem. Bursztyn wbrew pozorom pozyskiwany był nie tylko na brzegu Bałtyku ale kopany był w głębi lądu w okolicach Kamienia i Słupska. Nawet w pózniejszym średniowieczu trafiały się tam bryły o wadze kilku kilogramów. W okolicach Gdańska w czasach krzyżaków bursztyn zbierali rybacy na których ten obowiązek nałożyli braciszkowie odbierający od nich daninę w postaci nie tylko ryb ale i bursztynu. Być może właśnie to rybacy w czasach plemiennych zajmowali się także zbieraniem bursztynu i dostarczaniem go do warsztatów bursztyniarskich. Przed obróbką bursztyn moczono i myto w specjalnych kadziach i dopiero czysty i lśniący surowiec podlegał dalszej obróbce.  Bursztyn to tworzywo stosunkowo miękkie i łatwe do kształtowania, dlatego wielu mieszkańców domowym sposobem wycinało z niego różne wisiorki, koraliki i amulety.

Profesjonalne warsztaty zaczęły powstawać około X wieku przerabiając duże ilości tego materiału z pewnością nie tylko na użytek wewnętrzny ale w głównej mierze na eksport. Sądząc po wielkiej ilości odnajdywanych odpadów i zepsutych w toku procesu produkcji ozdób musiała to być ważna i przynosząca spore zyski gałąz gospodarki. Zresztą eksport bursztynu z naszego wybrzeża ma długie tradycje sięgające czasów starożytnych, zapewne każdy słyszał o słynnym bursztynowym szlaku. Jednak w czasach bursztynowego szlaku eksportowano raczej surowiec niż produkt końcowy.

 

Ironią historii jest, że nie zachowała się oryginalna słowiańska  nazwa cennego surowca kojarzonego na całym świecie z naszym krajem. Nie jest słowiańską nazwą "jantar" nazwa ta jest litewska i pochodzi od słowa "gentarus" przejęta na Rusi i rozpowszechniona  na inne kraje słowiańskie. Także używane przez nas słowo "bursztyn" pochodzi z Niemiec i znaczy tyle co "płonący kamień".

 

Trudno tu opisać wszystkie zajęcia którymi parali się nasi przodkowie. Szewcy szyli buty mając do dyspozycji kopyto, szydło i dratwę, buty wyrabiali ze skóry pozyskanej od garbarza. Garbarz zmiękczał swe skóry w drewnianych kadziach wykonanych przez bednarza, który produkował też inne naczynia klepkowe. Inne mniejsze naczynia z drewna wykonywali łagiewnicy. Cieśle i korabnicy wyrabiali zwinne łodzie bez których nie byłaby możliwa ekspansja, handel i osiedlanie się na północnych brzegach Bałtyku. Tkactwo początkowo zajęcie domowe z biegiem czasu zyskało na znaczeniu i wymagało sporych umiejętności by wyprodukować tkaninę wielobarwną o złożonym wzorze, niekiedy imitującą futro o długim włosiu na zewnętrznej stronie. Także początkowo prymitywne krosna pionowe już na początku wczesnego średniowiecza zastąpione zostały przez bardziej skomplikowane warsztaty poziome.

 

Na koniec przyjrzymy się dwóm inny zawodom, które odgrywały ważną rolę w gospodarce Słowian a mianowicie szklarstwu i solewarstwu. Warsztat szklarski łączony był często z pracownią złotniczą i bursztyniarską. Wytwory warsztatu szklarskiego były to paciorki, pierścionki a także naczynia. Szkło było mniej lub bardziej przezroczyste a najczęściej całkiem nieprzezroczyste. Występowało w różnych kolorach w zależności od zastosowanych składników. Zdarzały się w kolorach żółtym, pomarańczowym, ciemnoniebieskim, bordo, jasnozielone lub po prostu bezbarwne. Proces produkcyjny oparty był na technologii zapożyczonej z Europy zachodniej pozyskany na fali kontaktów handlowych. Wykonywane lokalnie paciorki nie zaspokajały potrzeb wybrednych i strojących się Słowianek. W wykopach archeologicznych często pojawiają się ozdoby z importu z takich krain jak Europa zachodnia, Ruś  a nawet z Bliskiego Wschodu.

 

O wiele większe znaczenie dla gospodarki Słowian miało solewarstwo. Prym wiedli mieszkańcy Kołobrzegu i Zaodrza. Sól eksploatowano tam już przed rokiem 1000 a założone tam przez Bolesława Chrobrego biskupstwo nosiła nazwę "solnego" jednak o skali produkcji dowiadujemy się dopiero z przekazów pochodzących z XII wieku. Solonośne tereny znajdowały się na północ od miasta na prawym brzegu Parsęty. Kopano tam studnie o wymiarach 3x3 m w których zbierała się woda o wysokiej zawartości soli. Przy zródle budowano tak zwane panwie czyli rodzaj wielkich mis w których nad ogniem odparowywano solankę. Do eksploatacji jednego ujęcia wykorzystywano maksymalnie cztery panwie w zależności od wielkości ujęcia. w samym Kołobrzegu w XIII wieku czynne były 23 ujęcia. Opłaty od małej panwi wynosiły w tym czasie cztery beczki rocznie od małej i osiem od dużej. Tytułem danin solanki kołobrzeskie dostarczały kilkuset beczek soli rocznie, zatem produkcja roczna musiała sięgać kilku tysięcy beczek rocznie.

 

W sąsiedztwie ujęć znajdowały się szopy- magazyny w których składowano sól przed dalszym transportem. Na brzegu rzeki zorganizowana była przystań na której ładowano sól na statki. Odparowywanie soli wymagało ogromnych ilości drewna. Po wytrzebieniu okolicznych lasów drewno sprowadzano z innych części kraju, spławiając je oczywiście rzekami. Produkcja soli miała charakter sezonowy i trwała od wiosny do końca lata w tym okresie osiągano największą wydajność. Jako działalność bardzo lukratywna, solanki zostały wcześnie włączone w system monopoli książęcych i stanowiły obiekt licznych nadań na rzecz młodej, tworzącej się dopiero organizacji kościelnej.

 

Sól kołobrzeska zaspokajała lokalne zapotrzebowanie lecz była też eksportowana do innych części Polski a nawet krajów ościennych. Duże ilości soli kołobrzeskiej trafiały drogą morską do Gdańska skąd Wisłą trafiała dalej na południe. Wiemy też, że mniszki z Trzebnicy raz do roku sprowadzały cały statek soli, spławiany Odrą do ich klasztoru na Dolnym Śląsku. Podobne ładunki wysyłane były do Skandynawii. Dopiero w pózniejszym średniowieczu produkcja soli na ziemi kołobrzeskiej załamała się ustępując miejsca importowanej soli z okolic Luneburga nad Łabą a nawet soli sprowadzanej znad francuskiej Loary. Tak czy inaczej produkcja, dystrybucja i handel solą przyczyniły się jak żadna inna gałąz gospodarki do rozbudowania więzi i kontaktów handlowych z innymi częściami Polski.


Norte Chico zapomniana cywilizacja Ameryki Południowej

Jest  powszechnie przyjęto uważać Mezopotamia, Egipt, Chiny i Indie dały początek pierwszym zaawansowanym cywilizacjom ludzkim. Jednak niewielu zdaje sobie sprawę, że w tym samym czasie, a w niektórych przypadkach zanim niektóre z wymienionych powyżej społeczeństw pojawiły się na scenie, inna wielka cywilizacja kiełkowała w odległej od nich części globu. Cywilizacja Norte Chico z doliny Supe w Peru bo o niej mowa, jest pierwszą znaną cywilizacją obu Ameryk. Stolicą cywilizacji było święte miasto Caral powstałe 5000 lat temu. Cywilizacja ta wytworzyła zaawansowane rolnictwo, bogatą kulturę i  monumentalną architekturę reprezentowaną przez sześć dużych kamiennych struktur piramidalnych, świątynię, amfiteatr, okrągłe place ceremonialne i tereny mieszkaniowe.

 

Dolina Supe,  która znajduje się 320 kilometrów na północ od Limy na pacyficznym wybrzeżu Peru. Była badana po raz pierwszy w 1905 roku przez niemieckiego archeologa Maxa Uhle. Badania ujawniły pierwsze odkrycia archeologiczne w okolicy. Jednak dopiero wiele dekad później, ruszyły badania na pełną skalę. Wykopaliska odsłoniły tylko szczyt góry lodowej pokazując, że naukowcy mają do czynienia z nową wielką i zaawansowaną starożytną cywilizacją.

 

W 1970 roku archeolodzy odkryli, że wzgórza pierwotnie zidentyfikowane jako naturalne formacje były w rzeczywistości piramidami schodkowymi. Ostatecznie w 1990 roku określono pełny zakres wielkiego miasta Caral. Ale kolejne i największe  zaskoczenie było jeszcze przed naukowcami. W 2000 roku przeprowadzono datowanie radiowęglowe torby wykonanej z trzciny i znalezionej na miejscu w najniższej warstwie archeologicznej. Badanie wykazało, że początki Caral sięgają około 3000 lat p.n.e. czyli póznego okresu archaicznego. Uczyniło to z Caral przykład najwcześniejszego złożonego społeczeństwa w obu Amerykach.

 

Caral jest jednym z 18 osiedli zidentyfikowanych w dolinie Supe. Caral jest położone na suchym płaskowyżu z widokiem na żyzną dolinę rzeki Supe. Wyjątkowo dobrze zachowane miasto imponuje  pod względem swojej konstrukcji i złożoności  architektury. Plan miasta, a także niektóre funkcje budynków w tym struktur piramidalnych i rezydencje elit, wskazują jednoznacznie na ceremonialne funkcje miasta, co oznacza obecność silnej ideologii  religijnej.

Centrum kompleksu Caral składa się z centralnej przestrzeni publicznej i z sześciu wielkich piramid rozmieszczonych wokół dużego placu. Największa z piramid dominująca nad miastem wznosi się na wysokość około 20m a u podstawy mierzy sobie 137m na 152m i zajmuje powierzchnię prawie czterech boisk piłkarskich.  Szerokie na 29m schody otwierają drogę  do szeregu pomieszczeń, w tym atrium i świętego ołtarza. Pomieszczenie z ołtarzem ma w podłodze  palenisko w którym zapewne spalane były ofiary poświęcane bogom.

 

Na szczycie piramidy skąd rozpościerał się doskonały widok na całe miasto znajdowały się duże pokoje dla władcy i nieco niżej dla elit, stąd to sprawowana była władza nad miastem. Poniżej na poziomie ziemi mieścił się kompleks warsztatów rzemieślniczych i małych mieszkań dla robotników. W sumie szacuje się, że Caral było domem dla populacji liczącej około 3000 osób. Naukowcy uważają, że model miasta był używany przez następne tysiąclecia przez następujące po sobie kultury.

 

 

 

Cywilizacja Norte Chico będąca preceramiczną kulturą charakteryzuje się całkowitym brakiem ceramiki i niemal całkowitym brakiem sztuki dekoratorskiej. Te braki rekompensują osiągnięcia w dziedzinie budownictwa tak sakralnego, administracyjnego ale też mieszkaniowego. Innym rejonem gdzie cywilizacja Norte Chico osiągnęła sukces było rolnictwo stosujące system nawadniania pozwalający ludziom na odżywianie się zróżnicowaną dietą. Zwraca uwagę użycie i dobra jakość tekstyliów. Cywilizacja Norte Chico wykształciła skomplikowany system liczenia ale też przechowywania danych. Miasta tak jak pola zaopatrywane były w wodę poprzez system hydrologiczny. Norte Chico prowadziło rozległy handel z sąsiadami, sięgając swymi kontaktami handlowymi aż po amazońską dżunglę po drugiej stronie Andów  świadczyć o tym mogą rzezby małp zaliczające się do nielicznych przykładów sztuki w cywilizacji Norte Chico.

 

Co ciekawe na terenie cywilizacji Norte Chico nigdy nie odnaleziono dowodów na działania  wojenne. Brak tam struktur obronnych nie odnaleziono także ani jednego egzemplarza broni. Brak tam także szczątków ludzkich noszących ślady traumy, które wskazywałyby na gwałtowną śmierć w wyniku napaści. Nakreśla się więc obraz pokojowego społeczeństwa, które spędzało sporo czasu na uprawianiu ziemi, studiowaniu nieba, praktykach religijnych i grze na instrumentach muzycznych.

 

Jednym z najbardziej zaskakujących odkryć w Caral było odkrycie 32 fletów wykonanych z kości kondora i pelikana oraz 37 instrumentów muzycznych najbardziej przypominających instrument muzyczny znany nam jako cynk, instrumenty te wykonane były z kości jelenia i lamy. Instrumenty muzyczne, które datuje się na około 2200 rok p.n.e. zostały odkryte na zewnątrz okrągłego placu w pobliżu kompleksu piramid, gdzie tłumy mieszkańców zbierały się na różne wydarzenia. Instrumenty zostały ozdobione dziwacznymi wizerunkami, w tym wizerunkami małp i  ptaków które łączą w sobie cechy  innych stworzeń takich jak koty i  węże. W 2001 roku naukowcy przeprowadzili archeologiczno-muzykologiczne warsztaty w celu odtworzenia dźwięku instrumentów jaki starożytni mieszkańcy miasta mogli słyszeć  tysiące lat temu.

Innym zaskakującym odkryciem w Caral i w doline Supe było odkrycie sznurków z zawiązanymi na nich węzłami zwanych quipu. Quipu czasami nazywane "mówiącymi węzłami"  służyły do zapisywania i gromadzenia danych. System ten musiał działać znakomicie skoro przetrwał aż do czasów Inków. Wiadomo, że Inkowie prowadzili w ten sposób rejestry, począwszy od monitorowania zobowiązań podatkowych po spis ludności. Na tym przed pisemnym systemie przechowywano dane kalendarzowe a także dane dotyczące organizacji wojska. Na sznurkach zawiązywane były pętelki posiadające wartości numeryczne w systemie dziesiątkowym. Razem z typem zastosowanej wełny, kolorem sznurka i kolorem węzła można było zakodować informację statystyczną czytelną niegdyś dla użytkownika .W niektórych wsiach, quipu były ważnym elementem dla lokalnej społeczności, i pełniły raczej rolę rytualną niż rolę "urządzenia" zapisującego dane. Warto odnotować zatem, że do tej pory nauka uważała Inków za wynalazców systemu quipu a najstarszy egzemplarz pochodził z roku 650 n.e. Pokazuje to, że Inkowie byli tylko spadkobiercami osiągnięć kultury starszej od nich o tysiące lat.

 

Naprzeciwko głównych schodów w jednej z piramid w Caral stoi  samotny monolit znany jako "Huanca" (stojący kamień) o wysokości 2,15 m. Archeolodzy uważają, że ten monolit był używany do celów astronomicznych i ceremonialnych oraz używany był do określenia pory dnia. Pomiary pozycji monolitu w stosunku do piramid pokazały, że jest on ulokowany dokładnie na północ od jednej z piramid (Piramida Huanaca) i zaznacza letnie i zimowe przesilenie.

                                                              Monolit Huanca

Religia i wierzenia

 

Bardzo mało wiadomo na temat wierzeń i praktyk religijnych cywilizacji Norte Chico.  Istnieje natomiast wiele dowodów używania narkotyków, zwykle związanych z szamanizmem. Nasuwa to pewne wskazówki, jednak brak sztuki która zazwyczaj dostarcza wielu danych na temat bogów i wierzeń badanych kultur utrudnia ogromnie badania nad tą sferą życia ludzi cywilizacji Norte Chico. Niektórzy z badaczy twierdzą, że kilka z odnalezionych w Caral ludzkich szczątków należy do ludzi złożonych w ofierze bogom. Jednakże, w rzeczywistości nie ma nic co by mogło wskazać, na to że osoby te poświęcono raczej w ofierze niż, że zmarły w sposób naturalny.

 

Jest jednak jeden artefakt, który może posłużyć do rzucenia nieco światła na wierzenia cywilizacji Norte Chico. Na odnalezionej  tykwie która pochodzi z lat około 2280-2180 p.n.e. jest przedstawiony wizerunek osoby o ostrych zębach z kapeluszem na głowie. Osoba ta dzierży w obu dłoniach rodzaj laski lub berła. Naukowcy dopatrują się w tym wizerunku graficznego przedstawienia Boga lub jednego z bogów wyznawanych przez ludzi cywilizacji Norte Chico.

                                                             Bóstwo z Caral

Co ciekawe identyczny wizerunek Boga odnajdujemy na ceramicznych urnach  kultur Wari i Tiahuanaco kwitnących w pierwszym tysiącleciu naszej ery. Podobne wizerunki bóstw widnieją też na Bramie Słońca w Tiahuanaco w pobliżu jeziora Titicaca. Wygląda więc na to, że kult Boga przedstawionego na tykwie z Caral zapoczątkowany został prawie 5000 lat temu w Caral i rozprzestrzenił się na  zewnątrz wpływając na późniejsze cywilizacje.

                                                    Bóstwo z Bramy Słońca nad jeziorem Titicaca

Z nieznanego powodu mieszkańcy Caral opuścili swe miasto po okresie 500 lat. Uważa się, że zmiany klimatyczne zmusiły mieszkańców do opuszczenia swych domostw i poszukiwania nowych dogodnych do życia lokalizacji, gdzie dokładnie się udali pozostaje zagadką. Jednak podobieństwo Boga a także używanie quipu w  młodszych kulturach sugeruje, że ludzie Norte Chica zabrali w swą podróż swe wierzenia, technologię, wiedzę i obyczaje. Odciskając swe piętno na formujących się w ciągu następnych tysiącleci i następujących po sobie kulturach.