Październik 2015

Starożytne rytuały pogrzebowe praktykowane do dziś

Najstarsze znane nauce rytuały pogrzebowe, pochodzą sprzed 100.000 lat. Niezliczone kultury i cywilizacje przez tysiące lat wytworzyły swoje własne, unikalne obrzędy pogrzebowe, mające na celu w sposób godny wyprawić w zaświaty zmarłych członków swojej społeczności. Podczas gdy jedne kultury przywiązywały dużą wagę do zadbania o duszę człowieka, którą uważały za coś nadrzędnego i ważniejszego niż martwe ciało, które to często było zwyczajnie porzucane na pastwę dzikich zwierząt. Inne kultury wręcz obsesyjnie starały się zachować doczesną powłokę człowieka.

Niektóre z dziwacznych dla nas rytuałów nie są już praktykowane i wymarły wraz z ludami, które je stosowały. Jednak w odległych, trudno dostępnych rejonach świata, istnieją rdzenne grupy, które zachowały zwyczaje przodków i pielęgnują prastare rytuały przodków, sięgające swymi początkami setek a nawet tysięcy lat wstecz. Zapraszam na przegląd najdziwniejszych, prastarych rytuałów pogrzebowych z przeszłości.

1. Sarkofagi Karajia.

W 1928 roku potężne trzęsienie ziemi wstrząsnęło górami otaczającymi dolinę Utcubamba w Peru. Wtedy to po raz pierwszy naukowcy znalezli szczątki dziwnych figur, które spadając z wysokich trudno dostępnych klifów rozbiły się u podnóża góry. Szybko okazało się, że dziwne statuy wcale nie są tym na co wyglądają. Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu naukowcy stwierdzili, że są to sarkofagi zawierające w sobie zmumifikowane szczątki ludzkie. Sarkofagi o wysokości do 2,5 m ulepione są z gliny, dla wytrzymałości wzmocnionej sianem. Sarkofagi lepiono na drewnianym stelażu wokół uprzednio, pieczołowicie zawiniętego w całun ciała. Po wymodelowaniu głowy, twarzy oraz męskich genitaliów, sarkofagi były malowane żółtą i czerwoną ochrą. Malunki imitują odzienie zmarłego a także biżuterię. Sarkofagi nazwane purunmachu zostały stworzone przez wojowniczy lud Chachapoya nazywany także Niebiańskimi Wojownikami.

                                                     Powyżej sarkofagi Chachapoya

Badania archeologiczne wskazują, że lud Chachapoya tworzył swą kulturę w tym regionie Peru od roku 200 n.e. Podbity został przez Inków na krótko przed przybyciem do Peru hiszpańskich konkwistadorów. Ciągłe powstania wszczynane przez lud Chachapoya broniący się przed wchłonięciem ich kultury, były krwawo tłumione przez Inków, którzy nie mieli lekko z krnąbrnym ludem. Resztki niegdyś wspaniałej kultury zniszczyli konkwistadorzy, którym nie oparli się sami Inkowie. Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się kim byli pochowani w tak wyszukany sposób ludzie. Musieli być jednak kimś ważnym dla ludu Chachapoya, skoro zadano sobie ogromny trud by umieścić ich sarkofagi, wysoko na szczycie zasnutych mgłą gór lasu deszczowego. Kiedy naukowcy po raz pierwszy zapytali miejscową ludność o sarkofagi, ta wyrażała się o nich z wielką czcią i nazywała ich "starożytnymi mędrcami".

2. Wiszące trumny Syczuanu.

Kolejnym dziwnym rytuałem pogrzebowym są wiszące trumny z regionu Gongxian w prowincji Syczuan w Chinach. Rytuał taki nie jest ekskluzywny tylko dla Chin (można się spotkać z podobnymi praktykami na Filipinach i Indonezji). Setki drewnianych trumien, zawiesił na wysokich klifach wymarły przed 400 laty lud Bo. Lud ten przegrał walkę z dominującą w Chinach ludnością Han rządzoną przez potężną dynastię Ming. Chińczycy Han nie mieli litości i poddali pokonanych Bo niemal całkowitej eksterminacji (do dziś w Chinach przetrwały ludy, który swe pochodzenie wywodzą od wymarłych Bo. Są to Lachi zamieszkujący Wietnam i południowe Chiny oraz  lud Ku z prowincji Junan, który do dziś praktykuje zawieszanie trumien na klifach.)

                                 Powyżej wiszące trumny wymarłego ludu Bo

Lud Bo zadawał sobie wiele trudu by umieścić trumny wyrzezbione z jednego grubego pnia drzewa na klifach. Trumny te nie były malowane w żaden sposób, jednak zabezpieczano je pokrywą z brązu. Dziś oczywiście nikt już nie wie dlaczego to robiono. Istnieje teoria, że Bo chcieli umieścić swych zmarłych bliżej bogów i w ich zasięgu. Inna teoria jest bardziej prozaiczna i postuluje, że Bo w ten sposób zabezpieczali szczątki swych bliskich przed dzikimi zwierzętami. Tajemnicą pozostanie także w jaki sposób Bo umieszczali trumny wysoko nad ziemią. Przypuszcza się, że ciężkie trumny opuszczano na wcześniej przygotowane platformy za pomocą lin ze szczytu klifu. Według innej wersji Bo musieli zastosować jakiś rodzaj drewnianych rusztowań. Takie rusztowania byłyby pomocne i wygodne podczas wiercenia otworów pod paliki tworzące platformę.

3. Lud Toradżów i najbardziej skomplikowany rytuał pogrzebowy świata.

                    Powyżej  drewniane figurki symbolizujące zmarłych z ludu Toradżów

Toradżowie są rdzenną ludnością zamieszkującą środkową górską część indonezyjskiej wyspy Celebes. Większość Toradżów wyznaje dziś protestantyzm, jednak pozostała wśród nich grupa, która kultywuje animistyczną religię przodków. Częścią tej religii jest skomplikowany rytuał pogrzebowy.  Dla ludu Toradżów życie obraca się wokół śmierci, jednak nie w smutnym i przerażającym jej sensie. Dla Toradżów pogrzeb jest wielkim świętem życia i okazją do zabawy i wspominania zmarłego. Toradżowie uważają, że śmierć nie jest nagłym lecz raczej stopniowym procesem przechodzenia do Puya  krainy dusz i życia po śmierci.

                           Poniżej pochówki dziecięce zawieszone na drzewie    

                     Powyżej mumie zmarłych Toradżów przebierane są w trakcie święta Ma Nene

Gdy ktoś umiera w rodzinie Toradżów, rodzina zobowiązana jest do wyprawienia godziwego pogrzebu i wyprawienia serii ceremonii pogrzebowych zwanych Rambu Soloq. Wiąże się to z ogromnymi kosztami dla rodziny, która musi zebrać ku temu odpowiednie środki finansowe. Dlatego pogrzeb i uroczystości pogrzebowe odbywają się czasami kilka tygodni, miesięcy a nawet lat po śmierci zmarłego. W tym czasie zabalsamowane ciało zmarłego umieszczane jest w specjalnej chatce wybudowanej obok domostw rodziny. W tym pośrednim okresie zmarła osoba nie jest uważana za w pełni martwą a jedynie śpiącą lub cierpiącą chorobę a jej dusza ciągle przebywa w wiosce pośród mieszkańców. W tym czasie krewni zmarłego symbolicznie karmią zmarłego, opiekują się nim a nawet zabierają ze sobą na pola do pracy. W tym sensie zmarły ciągle jest częścią społeczności i uczestniczy w jej życiu.

Uroczystości pogrzebowe trwające czasami kilkanaście dni (zależy to od tego jak bogaty był zmarły i jaki miał status społeczny, tylko najbogatsi maja prawo do rozbudowanych uczt pogrzebowych) rozpoczynają się od uczty pogrzebowej której kulminacją jest rytualny ubój bawołu/bawołów, świń oraz walki kogutów, liczba poświęconych zwierząt zależy oczywiście od zamożności rodziny zmarłego. Czasami liczba zabitych bawołów idzie w dziesiątki a świń w setki. Ucztującym towarzyszy muzyka, pieśni pogrzebowe oraz poematy. Zabite zwierzęta złożone są jedno obok drugiego oczekując na swojego właściciela, który aż do zakończenia uroczystości pogrzebowych je w "fazie snu". Dzięki bawołom zmarły ma się dostać szybciej do Paya.  Bawoły, które są podstawą gospodarki Toradżów maja także towarzyszyć zmarłemu w zaświatach gdzie będzie wiódł szczęśliwe życie zajmując się tym samym co na ziemi.

Toradżowie stosują trzy metody pochówku zmarłych. Pierwsza polega na złożeniu trumny w naturalnej jaskini w klifie, druga wymaga wycięcia w skale  specjalnego balkonu na trumnę co jest oczywiście czasochłonne i wymaga sporych funduszy. Wreszcie trzecia metoda polega na umieszczeniu trumny na platformie lub w wypadku małych dzieci zawieszeniu na linie zwisającej z klifu lub drzewa.  Tau tau symboliczna, odziana w ubrania drewniana figurka, przedstawiająca zmarłego. Ustawiana jest na krawędzi jaskini lub balkonu tak by zmarły mógł obserwować całą okolicę. Każdego roku w sierpniu w czasie uroczystości zwanej Ma Nene krewni uroczyście wyjmują zmarłych z ich trumien, by zmienić ubranie zmarłego, wymyć go i uczesać. Po tych czynnościach mumie obnoszone są po wsi w uroczystej procesji, po zakończeniu której składane są na następny rok do trumien. Tak w wielkim skrócie oczywiście, wyglądają obyczaje pogrzebowe Toradżów.

3. Famadihana

                                    Powyżej  szczątki zmarłego zawijane w nowy całun

Famadihana jest rytuałem pogrzebowym stosowanym przez lud Merina zamieszkujący Madagaskar. Rytuał polega na wyjęciu zmarłego z jego grobu i zawinięciu jego szczątków w nowy czysty całun zwany "lamba mena"  i ponownego pochówku.  Ceremonia ta stosowana jest wtedy gdy zmarły umarł z dala od rodzinnych stron i jego szczątki przenoszone są w rodzinne strony do permanentnego grobu. Oprócz tego ceremonia odbywa się regularnie co około siedem lat, tradycyjnie w porze suchej od czerwca do września. W uroczystościach trwających nawet tydzień szczątki zmarłego zawinięte w nowy całun obnoszone są przez krewnych po wiosce i okolicy. W czasie takiej procesji zmarłemu pokazuje się co się zmieniło w wiosce, informuje się o nowych projektach i nadchodzących wydarzeniach. Zmarły chowany jest ponownie przed zmierzchem.

            Powyżej uroczysta procesja w czasie święta Famadihana na Madagaskarze

Lud Merina  gości  swoich zmarłych w domu, by następnie przenieść ich szczątki w procesji i złożyć do rodzinnego grobu o godzinie 15:00. Panuje atmosfera strachu przed kontaktem ze zmarłymi i grobami. Szczątki zmarłych niosą na ramionach kobiety „zmuszane” przez mężczyzn do procesji i do tańca na specjalnie przygotowanych scenach. Po dojściu do grobu, mężczyźni wydobywają szczątki innych zmarłych, które również obnoszone są przez kobiety kilkakrotnie wokół grobu. Następnie kobiety siadają wokół grobu, trzymając szczątki zmarłych na kolanach, a mężczyźni przemawiają, prosząc przodków o błogosławieństwo, tzw. tsodrano i informują, o tym, kto z obecnych podarował jaki całun. Po przemowach kobiety ponownie tańczą ze szczątkami. Atmosfera zmienia się, strach przeradza się w radość, szczątki zmarłych są  następnie składane do grobu przez mężczyzn.

W kulturze malgaskiej przodkowie odgrywają ważną rolę. Według lokalnych wierzeń duchy przodków, jeśli są traktowane z należytym szacunkiem, opiekują się potomkami, zapewniając im dobrobyt i szczęście. Ceremonia famadihana jest przejawem szacunku dla przodków, których doczesne szczątki muszą być otoczone należytą opieką Podczas ceremonii kobiety, które starają się zajść w ciążę, zabierają fragment starego całunu i chowają go pod materacem łóżka, wierząc że sprowadzi nań płodność.

4. Pogrzeb powietrzny

Dla nas ludzi wychowanych w Europie chyba najbardziej szokującym rytuałem pogrzebowym będzie tak zwany oczywiście w przenośni "pogrzeb powietrzny", który zostawiłem na sam koniec. Rytuał ten praktykowany jest w buddyzmie i zoroastryzmie. Polega on na pozostawieniu zwłok na pożarcie ptactwu i innym dzikim zwierzętom.

Buddyzm utrzymuje, że ludzkie ciało jest tylko tymczasowym miejscem przebywania ludzkiego intelektu oraz odrzuca ideę o zmartwychwstaniu ciała i istnieniu duszy. Z tych powodów buddyjskie pogrzeby polegają na niszczeniu ludzkiego ciała najczęściej przez kremację. Tam gdzie kremacja jest utrudniona lub niemożliwa z powodu braku dostatecznej ilości drewna, ciała zmarłych pozostawia się na żer dzikim zwierzętom.

                 Powyżej grabarze przygotowują zwłoki do pochówku powietrznego

W Mongolii taka forma pochówku występowała aż do początku XX. Po dojściu komunistów do władzy ta forma pochówku została zabroniona i zastąpiona grzebaniem zmarłych w ziemi. W Mongolii zwłoki nie były nacinane ani rozdrabniane tylko zwyczajnie pozostawiane w stepie dla ptaków i wilków.

Wyznawcy zoroastryzmu praktykowali pozostawianie zwłok w specjalnych "wieżach milczenia" gdzie także stanowiły żer dla ptaków. Postępowanie takie wynika z przekonania, że zwłoki są nieczyste  i w trakcie ich usuwania nie może być skażona ani  ziemia ani ogień. Obecnie zwyczaj ten praktykują Parsowie czyli zoroastryjscy uciekinierzy z Persji, zamieszkujący głównie okolice Bombaju w Indiach.

Jednak miejscem gdzie najczęściej spotyka się obecnie pochówki "powietrzne" jest Tybetański Region Autonomiczny w Chinach. Po wielu latach utrudnień i zakazów ze strony chińskich komunistów obyczaj ten obecnie się odradza i jest w powszechnym użyciu.

Po zgonie następuje okres uroczystości pogrzebowych trwających nawet do pięciu dni. w czasie trwania tych uroczystości kapłan odczytuje Księgę Umarłych, co ma pomóc w opuszczeniu ciała martwego przez ciało subtelne, które udaje się do stanu "bardo" czyli stanu przejściowego pomiędzy śmiercią a kolejnymi narodzinami.

Po tych uroczystościach zwłoki zabierane są przed świtem przez grabarzy zwanych "Ragjapas" do ustronnej doliny zwanej Doliną Buddy w pobliżu świętej góry Kajlas. By ułatwić sępom zjedzenie zwłok grabarze nacinają ciało i czasami je rozczłonkowują. Kiedy sępy zjedzą tkanki miękkie, grabarze rozbijają grubsze kości na drobne kawałki by ptaki mogły je zjeść.

Jakkolwiek szokujące dla nas mogą być wszystkie wyżej opisane zwyczaje. Powinniśmy powstrzymać się z krytyczną oceną i potępieniem ludów stosujących owe praktyki. Wynikają one bowiem z wielowiekowych tradycji i wierzeń, sięgających w niektórych przypadkach głęboko w czasy przed historyczne. Ludy te wypracowały swe rytuały pogrzebowe pomagające im w radzeniu sobie ze stratą bliskich w połączeniu z własnymi unikalnymi systemami wierzeń religijnych.  To jest ich sposób na okazanie zmarłym członkom rodziny swojego respektu, pamięci oraz miłości.


Bitwa o Borujsk, ostatnia szarża polskiej kawalerii

Polska w ciągu swej długiej historii zawsze polegała na kawalerii broniącej granic naszego państwa. Nie inaczej były w czasach II RP. Kawaleria była wtedy elitą i trzonem Wojska Polskiego. To właśnie z tym okresem oraz kampanią wrześniową Polacy najczęściej kojarzą kawalerię. Ale mało kto wie, że epopeja polskiej kawalerii nie zakończyła się wraz z klęską wrześniową.

 

Wiosną od marca do maja 1944 roku w Trościańcu na Ukrainie została sformowana 1 Samodzielna Warszawska Brygada Kawalerii. Brygadę sformowano według sowieckiego etatu 06/450 samodzielnej brygady kawalerii. Stan brygady wynosił najpierw 3025 żołnierzy by po zmianach osiągnąć liczbę 3500 żołnierzy, pierwszym dowódcą został płk Włodzimierz Radziwanowicz.

 

75% żołnierzy stanowili weterani walk wrześniowych z 19 Pułku Ułanów Wołyńskich i 21 Pułku Ułanów Nadwiślańskich. Reszta żołnierzy miała za sobą służbę w innych pułkach kawaleryjskich II RP. Kadra oficerska składała się głównie z oficerów rosyjskich posiadających polskie pochodzenie. Braki w kadrze oficerskiej niższego szczebla rozwiązano poprzez promocję podoficerów na stopnie oficerskie.

 

Po wkroczeniu na ziemie polskie w skład jednostki włączono grupę żołnierzy z 27 Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej. Rozkazem numer38 z 8 maja 1944 roku brygadę włączone w struktury 1 Armii Wojska Polskiego i w składzie tej armii brygada przeszła cały szlak bojowy aż do samego Berlina.

                                              W czasie defilady 15 sierpnia w Lublinie

Najcięższe boje brygada stoczyła zimą 1945 roku w czasie operacji pomorskiej mającej na celu przełamanie Wału Pomorskiego. Wcześniej jednostka uczestniczyła w walkach w rejonie Warszawy i na Pomorzu głównie w charakterze piechoty, koni używając tylko do transportu. Jednak pod  Borujskiem przyszło im wykonać ostatnią szarżę kawaleryjską w historii polskiej kawalerii a być może i historii kawalerii w ogóle.

 

Pod Borujskiem Niemcy obsadzili wybudowaną wczesniej trzecią linię obrony. Linia ta nie składała się z betonowych umocnień jakie Polscy żołnierze musieli zdobyć na pierwszej linii umocnień Wału Pomorskiego. Wokół Borujska i sąsiednich wsi Niemcy wybudowali kompleksowy system bunkrów ziemnych i ziemnych przeszkód inżynieryjnych oraz pól minowych. W pasie natarcia jednostek polskich broniła się bardzo doświadczona i ostrzelana w walkach 163 Dywizja Piechoty Wehrmachtu.

 

 

Pierwsze ataki na rejon umocniony Borujsk i Żabin nie przyniosły efektu i zostały odparte przez Niemców. 1 marca po 30 minutach przygotowania artyleryjskiego do ataku ruszyły oddziały 2 Warszawskiej Dywizji Piechoty im Henryka Dąbrowskiego. Silny ogień z niemieckich pozycji zatrzymał jednak piechotę, która zaległa pod ostrzałem w szczerym polu.

 

Kolejny atak przy wsparciu czołgów 2 batalionu pancernego ze składu 1 Brygady Pancernej im Bohaterów Westerplatte też nie przyniósł skutku. Załamało się także natarcie przeprowadzone po wprowadzeniu do boju dodatkowych czołgów z 1 batalionu czołgów z fizylierami na pancerzu. Piechota zalegała pod celnym ogniem wstrzelanych w przedpole karabinów maszynowych, których obsługi miały świetny widok na przedpole ze swych pozycji położonych na pagórku na, którym znajduje się wieś Borujsk.  Czołgi zaś odcięte od piechoty padały łupem Niemców wyposażonych w pancerfausty i chowających się w licznych "lisich norach".

 

Zbigniew Flisowski uczestnik walk pod Borujskiem tak wspomina ten moment.

 

"zrobili szachownicę z pancerfaustów fantastycznie zamaskowanych, każdy w dołku, obok po dziesięć sztuk poukładanych pancerfaustów"

 

Po załamaniu się kolejnych ataków do walki skierowano wydzielone oddziały brygady kawalerii. Początkowo brygada kawalerii miała ścigać Niemców po przełamaniu ich pozycji przez piechotę i czołgi.  Plan jednak uległ zmianie i dowództwo postanowiło podjąć próbę przełamania niemieckich linii śmiałym, szybkim atakiem kawalerii.

 

Do szarży skierowano dwa szwadrony ułanów dowodzone przez por. Zbigniewa Staraka i ppor. Mieczysława Spisackiego.  Atak, który ruszył o godzinie 15:45 wspierany był przez oddział artylerii konnej.

 

Dowodzący szarżą por. Starak tak wspomina początek bitwy.

 

"Strzeliła w górę czerwona rakieta. Padła komenda lance, szable w dłoń. Rozwinięte w linie plutony wyskoczyły z lasu. Cwałem doszliśmy do toru kolejowego, przeskoczyliśmy przezeń, przejechaliśmy się po szachownicy grenadierów, którzy niszczyli nam pancerfaustami czołgi"

 

 

Ten sam moment opisuje wspomniany wcześniej Zbigniew Flisowski.

 

"Plutony pędziły teraz prawie w jednej linii cwałem. Zdzierałem sobie gardło, poprawiając szyki. Wspaniały to był widok ta rwąca fala naszego natarcia. Minęliśmy naszą piechotę, minęliśmy czołgi. O czym się myśli w takiej chwili? Tylko o jednym dorwać się do wroga. Przeskoczyliśmy przez wnęki pancerfaustników, konie brały rowy, kto się wychylił lub uciekał dostawał szablą".

 

             Ułan 1 Warszawskiej Samodzielnej Brygady Kawalerii pod Warszawą latem 1944 roku.

Wśród Niemców wybuchła panika. Niemcy rzucili się do ucieczki porzucając swe pozycje i broń. Umożliwiło to polskiej piechocie wznowienie ataku, do natarcia ruszyły również czołgi z 1 batalionu pancernego. w tym samym czasie ułani kontynuowali szarżę.

 

Jeszcze raz oddajmy głos por. Starakowi.

 

"Prawie bez strat zaatakowaliśmy okopy przeciwnika, z których pryskali jak myszy spod miotły wystraszeni żołnierze niemieccy, porzucając broń. Cięliśmy i dalej. Tuż przed Borujskiem dopadliśmy jaru, który przylegał prawie do samej wsi. Spieszyliśmy się i ruszyliśmy do ataku w kierunku kościoła".

 

O 17:00 Borujsko było zdobyte. Niemcy stracili ponad 500 zabitych i 50 rannych. Po stronie polskie poległo 147 żołnierzy a 349 odniosło rany, wśród kawalerzystów poległo 7 ułanów a kilku odniosło rany.

 

Po walkach na Wale Pomorskim brygada kontynuowała swój szlak bojowy przez Mrzeżyno gdzie uczestniczyła w zaślubinach Polski z Bałtykiem, by następnie dotrzeć na północne przedmieścia Berlina i pomóc w zamknięciu pierścienia okrążającego stolicę III Rzeszy. Szlak bojowy jednostka zakończyła na wschodnim brzegu Łaby w okolicach Wandlitz. Rozkazem z dnia 15 maja 1945 roku jednostkę przekształcono w 1 Warszawską Dywizję Kawalerii o etatowym stanie 6600 żołnierzy. Po kolejnych redukcjach w całych siłach zbrojnych, związanych z przechodzeniem na etaty pokojowe, jednostkę ostatecznie rozformowano 27 stycznia 1947 roku. Z dywizji wydzielono tylko 100 osobowy oddział, który przeformowano w Szwadron Reprezentacyjny Prezydenta RP. W połowie 1948 roku także i ten oddział został rozwiązany. 1 Warszawska Dywizja Kawalerii była ostatnią wielką bojową jednostką kawalerii w Polsce, która zamknęła wielowiekową chlubną tradycję kawaleryjską w Polsce.


Lotniczy wrzesień 1939 roku cz3 (opis walk i podsumowanie)

Zgodnie z przewidywaniami dowództwa polskiego, uderzenie Luftwaffe 1 września było potężne i w dużym stopniu poraziło system logistyczny eskadr polskich. Najmocniej ucierpiało lotnisko w Małaszewiczach gdzie utracono niestety kilka samolotów PZL-37 Łoś, które pomimo zarządzonego w ostatnich dniach sierpnia przelotów na tajne lotniska zapasowe,  ciągle pozostawały w macierzystej bazie.  Należy jednak zaznaczyć, że główne siły polskie uniknęły potężnego uderzenia Luftwaffe, a niemieckie bomby zniszczyły tylko niewielką ilość samolotów bojowych na macierzystych lotniskach.

 

Lotniska w Warszawie i okolicach początkowo nie ucierpiały dzięki skutecznej obronie przeciwlotniczej i przykryciu przestrzeni powietrznej nad Warszawą przez eskadry myśliwskie. Polskie myśliwce w trzech pierwszych dniach wojny wielokrotnie rozproszyły lecące w szyku niemieckie bombowce, zmuszając pilotów niemieckich do zrzucenia bomb na niezamieszkałe rejony i salwowania się ucieczką. Niestety skromne siły polskiego lotnictwa myśliwskiego szybko się wyczerpały i Niemcy mogli już niemal bezkarnie bombardować polskie miasta.

 

Brygada Bombowa nie została użyta w walce pierwszego dnia wojny. Stało się tak dlatego, że Naczelny Dowódca Lotnictwa i Obrony Przeciwlotniczej, traktował jednostkę jako odwód. Jej mała liczebność i inne ograniczenia o, których pisałem w części drugiej, wymuszały ostrożne i przemyślane decyzje w związku z miejscem i sposobem jej użycia. A miejscami gdzie przewidywano użycie bojowe Brygady Bombowej były newralgiczne i zagrożone punkty obrony polskiej, których identyfikacji można było dopiero dokonać po rozpoznaniu głównych osi natarcia Niemców. 1 września było na to za wcześnie.

 

Poza tym Brygada Bombowa była jeszcze nie gotowa do działań bojowych. Niektóre z jednostek Brygady Bombowej były ciągle w fazie adoptacji na nowych lotniskach polowych czekając często na uzbrojenie i paliwo dostarczane przez rzut kołowy nie dysponujący odpowiednią liczbą środków transportu, zwłaszcza cystern. Inne jednostki Brygady Bombowej  ciągle były w trakcie relokacji np; 2 eskadra bombowa z II dywizjonu zmuszona była zmienić ze względów bezpieczeństwa lotnisko.

 

Jak zatem widać Brygada Bombowa ciągle zajęta była zajmowanie pozycji wyjściowych gdyż nie zdołano tego zrealizować przed wybuchem wojny, ze względu na zbyt pózne ogłoszenie mobilizacji. Do tego pozycje Brygady Bombowej były złe. Poszczególne eskadry wchodzące w skład dywizjonów Brygady Bombowej rozproszone były na dużym terenie centralnej Polski. Takie rozproszenie sił praktycznie uniemożliwiło skoordynowanie większych akcji połączonych eskadr.

 

Wreszcie 2 września Brygada Bombowa ruszyła do boju. Niestety ze względu na wadliwą strukturę dowodzenia, do walki skierowano tylko jeden dywizjon wchodzący w skład Brygady Bombowej.  Brygadą dowodzili jednocześnie gen Zając i płk Heller z Warszawy a z wysuniętego punktu dowodzenia w Dęblinie ppłk Michał Bokalski. Na użycie jednej eskadry mógł samodzielnie pozwolić sobie płk Heller ale i tak na kierunku wskazanym przez Naczelnego Dowódcę Lotnictwa.

 

2 września zarysował się wyraznie kryzys na styku armii "Łódz" i "Kraków" na północ od Częstochowy, tam to niemieckie jednostki zmotoryzowane przełamały front. Rejon Wieluń, Radomsko, Częstochowa zostały uznane za punkt ciężkości w bitwie granicznej i w ten rejon została wysłana Brygada Bombowa. 2 września plan działań przewidywał, że  II dywizjon wykona trzy loty rozpoznawcze w rejon Częstochowy, Lublińca, Wrocławia, Opola, Strzelców Oploskich w celu ustalenia ruchów wojsk nieprzyjaciela. VI dywizjon dokona rozpoznania i bombardowania niemieckich kolumn przemieszczających się w okolicach Częstochowy, Lublińca i Olesna. X dywizjon dokona rozpoznania w rejonie Radomska, Wielkich Strzelców, Wrocławia. XV dywizjon dostał rozkaz zaatakowania kolumn pancernych przeciwnika w okolicach Częstochowy i Radomska bądz w Beskidzie Żywieckim gdzie zlokalizowano włamanie niemieckie w polskie ugrupowanie, (rozkaz ten pózniej odwołano)

 

Widać zatem, że dwa dywizjony miały operować małymi siłami po 3, 4 samoloty w celach rozpoznawczych, połączone z bombardowaniem ale akcja pojedynczych samolotów mogła mieć tylko efekt demonstracyjny. Pozostałe dwa dywizjony miały dokonać głównego uderzenia  na podstawie rozpoznania. Ostatecznie dywizjony uzbrojone w "Łosie" nie zostały użyte tego dnia. Tylko cztery samoloty z X dywizjony dokonały głębokiego zwiadu (osiągnięto Kluczbork i Wrocław) jeden z tych samolotów nie powrócił z misji w wyniku ostrzału wrogiej artylerii przeciwlotniczej (uszkodzony poleciał do Warszawy skąd nie wrócił już do jednostki)

 

Zgodnie z planem uderzenie wykonał VI dywizjon. Nalot poprzedzony został lotem jednego samolotu rozpoznawczego. Łącznie na akcję poleciało 18 maszyn, wszystkie 10 jakimi dysponowała 4 eskadra oraz 8 maszyn z 5 eskadry. Jeden z samolotów przed osiągnięciem celu został uszkodzony przez własną obronę przeciwlotniczą i musiał lądować awaryjnie w okolicach Radomia. W nalocie na przeciwnika zrzucono ładunek 17x 600kg bomb oraz wykonano ataki z lotu koszącego wykorzystując broń pokładową.

 

4 eskadra nalot przypłaciła 6 samolotami (2 zestrzelone, 2 rozbite przy lądowaniu z powodu uszkodzeń, 2 lądujące awaryjnie z powodu uszkodzeń na polu pod Radomskiem.) Straty 4 eskadry wyniosły więc 60%. 5 eskadra utraciła 4 samoloty, trzy zestrzelone przez Niemców  jeden przez własną obronę przeciwlotniczą. Straty VI dywizjony wyniosły 50% stanu tylko w jednej akcji bojowej. Pozostałe "Karasie" VI dywizjonu odleciały wieczorem 2 września na nowe lotnisko by odbudować zdolności bojowe czasowo utracone w jednym tylko nalocie.

 

Nalot 18 samolotów na obszar gdzie działało 10 niemieckich dywizji w tym cztery zmechanizowanie (800 czołgów) nie spowodował oczywiście spowolnienia postępów niemieckich, choć dowódcy niemieckich jednostek wojskowych byli bardzo zdziwieni, że Luftwaffe nie zniszczyła polskich samolotów na ziemi i, że pozwoliła na taki nalot. Efektem nalotu było wzmożenie czujności przeciwlotniczej Niemców. Tyle osiągnięto kosztem 27% strat ogólnych całej Brygady Bombowej w "Karasiach"  pierwszego dnia działań tej jednostki.

                        Powyżej żołnierze Niemieccy prz zniszczonym PZL-23 "Karaś"

Ktoś może stwierdzić, że błędem było użycie tylko jednego dywizjonu zamiast całej Brygady Bombowej (ponad 80 samolotów w tym 35 PZL-37 Łoś) zamiast tylko  18 "Karasi" jednego  VI dywizjonu. Oczywiście straty zadane nieprzyjacielowi byłyby kilkakrotnie większe ale i straty Brygady Bombowej byłyby olbrzymie, tak zaś sięgnęły "tylko" 15% ogólnego potencjału bojowego całej jednostki.

 

Zresztą efekt nalotu 80 samolotów miał sens tylko wtedy, gdy cała jednostka atakowałaby pas natarcia jednej dywizji niemieckiej. Gen. Zając wolał nie podejmować ryzyka unicestwienia Brygady Bombowej jednego dnia. Zdecydował się na taktykę serii małych nalotów nękających, rozciągniętych w czasie w pasie natarcia Niemców. Dzięki rozważnemu dowodzeniu strona polska ciągle dysponowała siłami zdolnymi zadawać straty nieprzyjacielowi. Jako ciekawostkę można wspomnieć, że 2 września pojedynczy "Karaś" z 21 eskadry bombowej (nie należącej do Brygady Bombowej) zapuścił się aż do Oławy na Dolnym Śląsku gdzie zrzucił swe bomby na fabrykę.

 

3 września zaostrzał się kryzys na styku armii "Łódz" i "Kraków" na północ od Częstochowy. Z tego powodu Brygada Bombowa miała nadal atakować na tym kierunku jednak ciągle bez dwóch dywizjonów X i XV,  wyposażonych w samoloty PZL-37"Łoś".  3 września podjęto w Warszawie decyzję by  jeden dywizjon "Łosi" przebazować bliżej frontu na zachód do Kucin w okolice Łodzi a drugi do Starej Wsi koło Węgrowa na płn-wsch od Warszawy. Tym samy dywizjony rozdzielono i nie stanowiły już one zwartej siły bojowej.

 

Płk Heller proponował by przebazowanie dywizjonów połączyć z nalotem odpowiednio na Wrocław i Królewiec. Propozycja ta została odrzucona przez gen. Zająca. Gen Zając miał wytyczne od Naczelnego Wodza by atakować tylko jednostki naziemne wroga. Zdawał sobie również sprawę, że samoloty uszkodzone w tej akcji i zmuszone do lądowania na nieznanych sobie kiepskich  lotniskach polowych zostałyby prawdopodobnie rozbite przy próbie lądowania i bezpowrotnie utracone.

 

 

Tego dnia X dywizjon wysłał tylko jednego "Łosia" na lot zwiadowczy w okolice Radomska. Po raz kolejny ciężar misji bombowych przyjęły na siebie dywizjony wyposażone w "Karasie". Do ataku w okolicy Częstochowy i Radomska II dywizjon wysłał 15 "Karasi". Kolumny wroga zaatakowano bombami 50kg ("Karś" zabierał osiem takich bomb). W akcji tej II dywizjon stracił 4 samoloty i dowódcę 2 eskadry tego dywizjonu. Mimo strat II dywizjon dokonał kolejnego nalotu tego dnia przy użyciu 9 maszyn, (do ataku użyto tym razem 4x110kg na samolot) tym razem Niemcy zdołali zestrzelić dwa "Karasie" a trzeci rozbił się uszkodzony przy lądowaniu.

 

Tego samego dnia do walki włączyła się 55 eskadra z V dywizjonu (dywizjon składał się tylko z jednej eskadry zamiast dwóch). Eskadra ta weszła jednak do walki nie jako zwarta jednostka lecz operowała kluczami po 3 samoloty. 3 września 55 eskadra utraciła 2 z 10 posiadanych "Karasi". 3 września zmasakrowany dnia poprzedniego VI dywizjon nie brał udziału w walkach, jeśli nie liczyć jednego lotu rozpoznawczego na terytorium Niemiec wykonanego przez samotnego "Karasia".

 

3 września zakończył się tak jak dzień poprzedni ogromnymi stratami w eskadrach rozpoznawczo-bombowych. Utracono łącznie 9 samolotów PZL-23 "Karaś". Tym samy w ciągu dwóch dni walki utracono bezpowrotnie z powodu zniszczenia lub ciężkich uszkodzeń 23 "Karasie" z 50 posiadanych, czyli 46% stanu początkowego.

 

Mimo strat, 4 września dzięki przyjętej koncepcji użycia Brygady Bombowej. Dowództwo ciągle miało możliwość wysyłania samolotów do ataków na przełamujących polski front Niemców. Brygada Bombowa nie walczyła o zdanie jak największych strat Niemcom ale o to by spowolnić marsz Niemców i dać chwilę wytchnienia polskim jednostkom lądowym znajdujących się pod ciągłym naciskiem ze strony wroga.

 

Z powodu strat w dywizjonach rozpoznawczo-bombowych do akcji wysłano 4 września tylko 4 "Karasie" z misjami rozpoznawczymi. Tym razem ciężar akcji bombowych wzięły na siebie eskadry wyposażone w maszyny PZL-37 "Łoś".  Dywizjony X i XV nie miały łatwego zadania, Niemcy zaalarmowani działaniami "Karasi" wzmocnili obronę przeciwlotniczą w pasie natarcia w rejonie Wieluń-Sieradz, Piotrków, Radomsko.

                                      Powyżej maszyny PZL-37 "Łoś" na lotnisku Okęcie.

"Łosie" rozpoczęły działania porannym zwiadem, 11 eskadra ze składu X dywizjonu przypłaciła to awarią jednego "Łosia", samolot jednak zdołał powrócić na lotnisko. Następnie atak (8x110kg na samolot) przeprowadziło pozostałe osiem maszyn 11 eskadry. Samoloty startowały w dużych odstępach niezależnie od siebie. W wyniku tej akcji ciężkiemu uszkodzeniu uległ jeden "Łoś". Wykorzystując bliskość pola bitwy do własnego lotniska, 11 eskadra wykonała kolejny nalot. Eskadra utraciła w tym nalocie jeden samolot (uszkodzony ogniem przeciwlotniczym i dobity przez Bf109D)

 

12 eskadra ze składu X dywizjonu także atakowała. Samoloty operowały w 3 samolotowych kluczach startujących w 20 min odstępach. W wyniku akcji ciężko uszkodzone zostały dwa bombowce 1 klucza, Niemcy zestrzelili jeden samolot 2 klucza. 3 klucz został w całości zniszczony w powietrzu w okolicach Pabianic przez myśliwce Bf109D. Duża aktywność (częste starty i lądowania) eskadry, zdradziła Niemcom lokalizację lotniska. Po południu lotnisko w Kucinach zostało zbombardowane przez wroga w wyniku nalotu ciężko ranny został dowódca 12 eskadry oraz zniszczeniu uległy składy z zaopatrzeniem.  Kolejny nalot zniszczył na ziemi dwa PZL-37 "Łoś". Faktycznie oznaczało to, że 12 eskadra została unicestwiona w ten sam dzień w, który wkroczyła do akcji, tracąc bezpowrotnie 6 z 9 posiadanych.

 

W zaistniałej sytuacji wieczorem 4 września ewakuowano część X dywizjonu na lotnisko Drwalew koło Grójca. 6 sprawnych bombowców z 11 eskadry wykonało relokacje połączoną z lotem bojowym. 2 "Łosie z tej eskadry wraz z ocalałymi maszynami 12 eskadry pozostały na noc w Kucinach. 4 września X dywizjon zrzucił na wroga 22 tony bomb tracąc przy tym 7 maszyn, z czego 5 padło łupem niemieckich myśliwców.

 

Niemieckie jednostki operujące w rejonie Piotrków-Radomsko stały się także celem dla XV dywizjonu. 16 eskadra dywizjonu atakowała trzy samolotowymi kluczami po dwie do trzech misji dziennie na klucz. 17 eskadra nie była zdolna do działań z powodu rozproszenia maszyn wywołanym przebazowanie z dnia poprzedniego, jedyne na co było stać 17 eskadrę tego dnia to ataki jednym zbiorczym kluczem. W walkach XV dywizjon utracił jedna maszynę a dwie zostały ciężko uszkodzone(jedna z tych maszyn okazała się być strata bezpowrotną). XV dywizjon a właściwie 16 eskadra wykonał 30 samolotolotów i zrzucił na wroga 24 tony bomb. 4 września dywizjony Xi XV wyposażone w PZL-37 "Łoś" straciły razem 9 maszyn czyli 25% stanu wyjściowego.

 

5 września stało się jasne, że to co przewidywano przed wojną ziściło się bardzo szybko. Brygada Bombowa jako związek taktyczny utraciła czasowo zdolność bojową. Kiedy podliczono samoloty zniszczone i czasowo wyeliminowane z działań okazało się, że II, VI, X dywizjony oraz 55 eskadra zostały wyeliminowane czasowo z akcji. Tylko XV dywizjon (a właściwie tylko jego 16 eskadra, gdyż 17 eskadra była w rozsypce na różnych lotniskach) zachował zdolność bojową.  W tej sytuacji gen Zając nakazał wycofanie najbardziej wykrwawionych dywizjonów na wschód za rzekę Bug w celu odtworzenia zdolności bojowej. Pozostałe na froncie eskadry miały "szarpać" wroga w miarę możliwości.

 

Tymczasem także na froncie północnym sytuacja pogarszała się. Wojska niemieckie spychały na południe oddziały Armii "Modlin" oraz SGO " Narew". Z tego powodu pozostałe na froncie eskadry Brygady Bombowej zostały skierowane do ataków także na tym kierunku. Atakowanie skromnymi siłami na dwóch odrębnych kierunkach zredukowało jeszcze bardziej Brygadę Bombową do roli demonstratora obecności i zniwelowało dodatkowo możliwości realnego oddziaływania na wroga.

 

Bez wdawania się już w szczegóły działań pozostałych na froncie eskadr, można zauważyć, że 5 września Brygada Bombowa ograniczyła się do ataków pojedynczymi samolotami lub w najlepszym razie kluczem, dokonano także kilka lotów rozpoznawczych. Tego dnia utracono 2 "Łosie" jeden z 11 eskadry (uszkodzony wcześniej musiał zawrócić na lotnisko gdzie został ostatecznie spalony aby nie wpadł w ręce Niemców) drugi z 17 eskadry (uszkodzony na misji rozbił się przy lądowaniu). W walkach użyto tylko ekwiwalentu jednej eskadry "Łosi" i jednej eskadry "Karasi".

 

Piątego dnia wojny Luftwaffe wywalczyło już przewagę w powietrzu co paraliżowało polskie zaplecze, także postępy niemieckich wojsk lądowych oznaczały częste zmiany lotnisk polowych.  Z tego powodu rzut lotniczy często tracił kontakt z rzutem kołowym eskadr, nie dysponującym wystarczającą ilością środków transportu. W eskadrach samoloty nie mogły być naprawiane i serwisowane przez co rosły piętrzyły się defekty ograniczając tym samym zdolność bojową eskadr.

 

6 września w działaniach Brygady Bombowej wyglądał podobnie do dnia poprzedniego. Wykonano kilka lotów rozpoznawczych, VI dywizjon nie latał a II dywizjon był w trakcie relokacji i koncentrował się na lotnisku w Podlodowie natomiast X dywizjon z 9 maszynami w dwóch eskadrach wycofano do Włodzimierza Wołyńskiego.

 

Tylko XV dywizjon pozostawał aktywny ciągle jakimś cudem posiadający komplet 15 maszyn w swoich dwóch eskadrach (16 i 17) (nie wszystkie maszyny były sprawne) Po raz pierwszy od wybuchu wojny do tego dywizjonu przybyły uzupełnienia w postaci jednego "Łosia".  XV dywizjon wysłał do nalotów w rejonie Radomska  dwa klucze "Łosi" i jeden na lot zwiadowczy nad Wisłę.

 

7 września nadal atakowano cele na dwóch głównych kierunkach natarcia wojsk niemieckich. II dywizjon po zakończeniu koncentracji z dnia poprzedniego zwiększył wysiłek i wysłał jeden samolot na zwiad w okolice Kutna i Łęczycy ("Karaś" został zestrzelony) Następnie dokonał nalotu w tej samej okolicy połączonymi siłami obu eskadr dywizjonu w liczbie 9 maszyn. VI dywizjon po dniu odpoczynku wznowił loty rozpoznawcze co przypłacił stratą jednego "Karasia" zestrzelonego przez polską obronę przeciwlotniczą nad Płockiem. Rozpoznane siły Niemieckie zostały następnie zaatakowane wszystkimi pozostającymi w linii maszynami VI dywizjonu. Naloty wykonywano pojedynczymi kluczami w odstępach co pół godziny. Dywizjon wykonał 22 loty i zrzucił 132 bomby nie notując żadnych strat.

 

7 września szczęście opuściło XV dywizjon wykonujący swe misje do tej pory bez strat. Klucz atakujący drogę Różan-Ostrołęka utracił jednego "Łosia" w wyniku awarii. Pózniej tego dnia 3 samolotowy klucz wysłany z misją zbombardowania celów w okolicach Łodzi został przechwycony nad Wołominem przez niemieckie myśliwce i zestrzelony w całości. Kolejny nalot kluczem na szosę Różan-Ostrołęka zakończył się na szczęście bez strat. Atak na ten sam cel ponowiono wieczorem i z dwóch "Łosi" wysłanych do akcji wrócił jeden. XV dywizjon otrzymał tego dnia kolejnego "Łosia" jako uzupełnienie.

 

Ja zatem widać duża tego dnia aktywność Brygady Bombowej kosztowała jednostkę utratę 9 maszyn. Starty zależały od tego czy wysłane na misję maszyny natknęły się na myśliwce niemieckie. Jeśli udało się uniknąć kontaktu misje były wykonywane jeśli nie ponoszono ciężkie straty.

 

8 września kontynuowano loty rozpoznawcze połączone z bombardowaniami. II dywizjon stracił przy tym 2 PZL-23 "Karaś" a VI dywizjon 1 maszynę. Tego dnia 55 eskadra zdobyła się na wysiłek i udało się wysłać do akcji aż 6 maszyn, jedna maszyna zostało ciężko uszkodzona. Gen. Zając usiłował wprowadzić do walki ponownie X dywizjon jednak w chaosie spowodowanym ewakuacją dowództwa z Warszawy do Brześcia wydano sprzeczne rozkazy, które w konsekwencji nie zostały wykonane. Ataki przeprowadzał także dywizjon XV, który zdołał zrzucić na wroga 5,5 ton bomb. Z powodu wspomnianych wcześniej problemów z serwisowaniem "Łosi" jednostkę wieczorem wycofano na wschód w okolice Kowla.

 

9 września ukształtowane już były trzy kierunki na, których sytuacja była krytyczna. Na północy Niemcy forsowali Narew, w centrum doszli do Wisły i rozpoczęła się bitwa nad Bzurą i o Warszawę a na południu czołówki dywizji szybkich osiągnęły San. Gen . Zając wydał więc rozkaz by atakować wroga na wszystkich trzech kierunkach, by choć na krótko opóznić marsz Niemców. Jednak siły Brygady Bombowej były już wyczerpane i jednostka mogła tylko przeprowadzać rozpoznanie pojedynczymi maszynami ale skuteczne oddziaływanie na jednostki lądowe wroga było już tylko symboliczne.

 

Podczas gdy dywizjony wyposażone w "Karasie" robiły co mogły na froncie, dywizjony uzbrojone w "Łosie"  X i XV znajdowały się w procesie odtwarzania. Dywizjon X dostał wprawdzie rozkaz do przeprowadzenia ataków pod Rzeszowem ale z powodu awarii wszystkich maszyn rozkazu nie wykonano. Do dywizjonu przybyło także uzupełnienie w postaci trzech PZL-37 "Łoś". Niestety maszyny te miały braki w wyposażeniu (nie posiadały prowadnic do bomb) i nie nadawały się do akcji bombowych.

 

10 września ze swej kwatery w Brześciu nad Bugiem gen. Zając zarządził reorganizację sił lotniczych w tym Brygady Bombowej. Nie będę się zbytnio wdawał w szczegóły tej reorganizacji gdyż nie ma tu na to miejsca. Generalnie reorganizacja polegała na rozwiązaniu najbardziej wykrwawionych jednostek i wcieleniu ich sprzętu wraz z personelem do jednostek, które zachowały większą zdolność bojową.

 

Część personelu Brygady Bombowej została wysłana nad granicę Rumuńską gdzie spodziewano się przejąć dostawy samolotów z Francji i Wielkiej Brytanii. Po reformie w Brygadzie Bombowej pozostał jeden dywizjon (VI) uzbrojony w maszyny PZL-23 "Karaś" oraz dwa dywizjony (X i XV) uzbrojone w PZL-37 "Łoś". Dywizjony "Łosi" planowano uzupełnić do stanu wyjściowego. Tego dnia Brygada Bombowa nie wykonywała akcji bombowych ograniczając się jedynie do lotów rozpoznawczych w, których utracono dwa "Karasie" i jednego "Łosia" .

 

11 i 12 września Brygada Bombowa podjęła po raz ostatni zorganizowane akcje bojowe. VI dywizjon "Karasi" wykonał dwa bombardowania za każdym razem trzy samolotowymi kluczami, tracąc jedną maszynę. Do walki wkroczyły ponownie "Łosie" 11 września 5 bombowców zbombardowało szosę Jarosław-Przeworsk-Łańcut. 12 września oba dywizjony X i XV przeprowadziły razem 16 samolotolotów wspierając jednostki lądowe w bitwie nad Bzurą, zrzucając 18 ton bomb i tracąc 3 samoloty. Do X dywizjonu przybyły w ramach uzupełnień trzy nowe maszyny niestety także z brakami w wyposażeniu. Nie miało to już jednak większego znaczenia gdyż X dywizjon zrzucił tego dnia wiekszość z posiadanych jeszcze bomb.

 

13 września W eskadrach brakowało już bomb i paliwa co było skutkiem załamania się systemu logistycznego. X dywizjon dostał rozkaz przebazowania się do Wielick koło Łucka. Tym sposobem podejmując ogromne ryzyko na jednym lotnisku zgromadzone zostały oba dywizjony wyposażone w "Łosie" łącznie 23 maszyny.  W tym czasie "Łosie" atakowały jeszcze pojedynczymi kluczami niemieckie kolumny w okolicach Hrubieszowa i Zamościa. VI dywizjon "Karasi" wykonał 13 września jeden lot rozpoznawczy zakończony z powodu złych warunków atmosferycznych rozbiciem maszyny.

 

14 września VI dywizjon "Karasi" dokonał ostatniego wysiłku i wysłał na bombardowanie 8 maszyn w rejon Rawa Ruska-Sokal. Akcja ta związana była z przebazowaniem na nowe lotnisko w miejscowości Hutniki koło Brodów, dlatego na lotnisku spalono jedna maszynę nie zdolną do lotu.  Przy lądowaniu na nowym lotnisku, rozbite zostały dwie maszyny. Samo lotnisko zostało wkrótce wykryte i zbombardowane. W wyniku ataku uszkodzona została większość maszyn, brakowało też paliwa co uniemożliwiło ewakuację maszyn na inne lotnisko. Uziemioną eskadrę zbombardowały 15 września kolejny raz niemieckie bombowce. VI dywizjon przestał istnieć a jego personel wysłano w kierunku granicy rumuńskiej.

 

Los jaki spotkał VI dywizjon wywarł ogromne wrażenie na dowództwie, które wydało 15 września rozkaz rozśrodkowania zgromadzonych w jednym miejscu dywizjonów X i XV. 15 września stracono jednego "Łosia" strąconego przez własną obronę przeciwlotniczą. 16 września dwa klucze z 16 eskadry dokonały w okolicach Włodawy ostatniego bombardowania w historii Brygady Bombowej.

 

17 i 18 września na wieść o inwazji sowieckiej, resztki Brygady Bombowej odleciały do Rumunii gdzie wylądowało 17 maszyn PZL-37 "Łoś" (oraz 10 "Łosi"z innych jednostek). Do Rumuni przeleciało także 31 samolotów PZL-23 "Karaś" z innych jednostek lotniczych. Pózniej maszyny te zostały przejęte przez lotnictwo rumuńskie i były używane ze zmiennym powodzeniem na froncie wschodnim.  Ostatni z "Karasi" latał w Rumuni do 1946 roku.

 

W Rumunii  PZL-37 "Łoś" nie cieszył się uznaniem, zapewne z powodu częstych awarii i kilku katastrof na tych maszynach. 76 i 77 eskadry wyposażone w "Łosie" poniosły ciężkie straty w bombardowaniach Odessy w 1941 roku. Pokazało to, że sama szybkość delikatnej maszyny to za mało na teatrze działań charakteryzującym się wysokim zagęszczeniem naziemnych środków przeciwlotniczych i obecnością wrogich myśliwców.

 

Podsumowanie

 

W czasie kampanii wrześniowej Brygada Bombowa wykonało około 320 lotów. 181 (lub 185) lotów na "Karasiach (137 lotów bombowych i 48 rozpoznawczych) i 136 na "Łosiach". W czasie działań utracono wszystkie PZL-23 "Karaś". W przypadku "Łosi" brygada wykonała 110 lotów bombowych i 25 rozpoznawczych, zrzucono 119 ton bomb, tracąc przy tym 28-30 maszyn, co procentowo daje 80% stanu wyjściowego.

 

Już po kampanii wrześniowej w skłóconym  środowisku emigracyjnym pojawiły się różne zarzuty, w większości przypadków nie mające podstaw merytorycznych, dotyczące złego sposobu użycia lotnictwa w wojnie obronnej.  W przypadku Brygady Bombowej uwypuklano, że zrezygnowano z atakowania niemieckich celów powierzchniowych takich jak lotniska a skupiono się wyłącznie na atakowaniu celów punktowych, wspierając tym samym jednostki naziemne. Wsparcie to nie przyniosło oczekiwanych wyników a niemieckie dywizje nie poniosły dotkliwych strat w wyniku ataków.

 

Analiza niemieckich meldunków niemal nie odnotowuje strat zadanych przez lotnictwo polskie. Ataki na korpusy szybkie 10. Armii na, których skupiła się Brygada Bombowa w dniach 2-4 września nie przeszkodziły Niemcom po tygodniu walk osiągnąć linię Wisły. Podobnie wyglądały ataki na dywizję "Kempf" nad Narwią i Bugiem czy też na 4. Dywizję Lekką i 2. Dywizję Pancerną forsującą San. Z dziennika działań 4. Dywizji Lekkiej, która atakowana była przez X dywizjon bombowy od 10 września. Wynika, że 90% bomb zrzuconych przez "Łosie" nie dosięgło  żadnych celów uszkadzając tylko okoliczne pola.

 

Nie można jednak było oczekiwać innych rezultatów jeśli bombardowania dokonywano w większości przypadków 3 samolotowymi kluczami w odstępach półgodzinnych i do tego atakowano różne jednostki niemieckie na danym terenie. Największym nalotem jaki wykonała Brygada Bombowa był nalot przy użyciu 17 samolotów natomiast eskadry "Łosi"  nigdy nie wystąpiły w całości nie wspominając o skoordynowanej akcji całego dywizjonu.

 

Podejście takie przełożyło się oczywiście na skuteczność rażenia celów punktowych. Należy jednak zapytać czy można było osiągnąć więcej i co kierowało polskim dowództwem, które wybrało taką właśnie taktykę. Dowództwo polskie miało pełną świadomość, że siły brygady zostaną szybko wyczerpane, a użycie jej zmasowanych sił jednego dnia do zbombardowania lotnisk wroga doprowadzi do unicestwienia jednostki w przeciągu 2-3 dni.

 

Zamiast tego zdecydowano się na rozłożone w czasie mniejsze ataki nękające. Celem tych ataków nie było zniszczenie lub permanentne zatrzymanie nacierających Niemców ale opóznienie postępu nieprzyjaciela. Na tym polu pewne sukcesy osiągnięto. Nie na poziomie strategicznym ale na poziomie taktycznym i to nie w wymiarze dni lecz godzin.

 

Owszem dobór celów nie zawsze pył trafny ale ogólnie przyjęta strategia ostrożnego działania małymi siłami nękającymi w połączeniu z roztropnymi decyzjami o stopniowym wycofywaniu na wschód a potem do Rumunii, pozwoliło uchronić cenny personel od pewnej niewoli i śmierci z rąk Sowietów, w Rumunii znalazło się 12.000 żołnierzy lotnictwa. Personel ten został użyty w pózniejszych latach wojny do walk we Francji a następnie w  Wielkiej Brytanii gdzie wsławił się w walkach w Bitwie o Anglie.

 

 

Brygada Bombowa i całe polskie lotnictwo nie mogło osiągnąć więcej w kampanii wrześniowej niż zdołało osiągnąć. Brygada Bombowa była jednostką nie przystosowaną do operacji jakie zmuszona była wykonywać samolotami nie przystosowanymi do bombardowań punktowych. I wreszcie na koniec polskim lotnikom przyszło się zmierzyć z najpotężniejszym lotnictwem ofensywnym końca lat trzydziestych posiadającemu 5-krotną przewagę liczebną. Pomimo to Polscy lotnicy zadali Niemcom wysokie straty. Niemcy stracili bezpowrotnie w Polsce 258 maszyn (drugie tyle zostało uszkodzonych) z czego 130 należy zapisać na konto polskich myśliwców a 150 obrony przeciwlotniczej.