Rozważania na temat prowokacji w Kielcach

Kategorie: 

public domain

4 lipca minęła 70 rocznica krwawych i tragicznych wydarzeń w Kielcach. Znanych w Polsce i na świecie jako pogrom kielecki. Ale czy rzeczywiście był to pogrom? Czyli spontaniczny wybuch agresji. Czy  raczej wydarzenia noszą znamiona zaplanowanej i sterowanej akcji w celu osiągnięcia celów politycznych i propagandowych? Przez dziesięciolecia w PRL obowiązywała wersja o spontanicznym wybuchu antysemickiej agresji wśród Polaków, która doprowadziła do śmierci 37 Żydów.

Niestety po 1989 roku media głównego nurtu w Polsce,  w wielu przypadkach powielały bezmyślnie lub świadomie i  z rozmysłem zafałszowany przez UB obraz tamtych tragicznych wydarzeń. Kłamstwa na temat pogromu kieleckiego rozpowszechniane były także za granicą, w celu wywołania poczucia winy wśród Polaków i osłabienia pozycji Polski w na przykład trudnych negocjacjach dotyczących zwrotu majątku znacjonalizowanego przez rząd PRL.

Jak przebiega proces montowania prowokacji przez służby specjalne, jakie motywy i cele przyświecały UB,  wyjaśnia w swoim artykule Leszek Żebrowski. Zapraszam do lektury bo każdy Polak powinien mieć elementarną wiedzą na ten kontrowersyjny temat.

 

Mechanizm prowokacji. Co się stało w Kielcach 4 lipca 1946 r.

Mimo upływu już 70 lat od morderstw popełnionych na Żydach w Kielcach 4 lipca 1946 r., nadal nie wiemy podstawowych rzeczy o tych wydarzeniach. „Urzędowo” sprawa została praktycznie załatwiona. Pobieżne śledztwo komunistyczne w 1946 r., następnie kilkakrotnie wznawiane, w zasadzie trzyma się cały czas tej samej wersji: antysemicki tłum Polaków spontanicznie dokonał pogromu na nieszczęśnikach ocalonych z zagłady niemieckiej. Nawet nie wiemy, czy podstawowa faktografia, oparta na „ustaleniach” komunistycznych, jest prawdziwa. Nie znamy więc rzeczywistej liczby ofiar (dane w tym zakresie są cały czas rozbieżne) ani dokładnych przyczyn ich śmierci. 

Jeśli to była – choćby w przeważającej liczbie przypadków – broń palna, to wyklucza to sprawstwo przypadkowych uczestników wydarzeń. Wówczas za posiadanie broni groziła kara śmieci i była konsekwentnie wykonywana przez komunistów. Jej posiadaniem mogli się cieszyć wojskowi, funkcjonariusze służb oraz zaufani towarzysze z PPR i aparatu władzy. Przede wszystkim zaś do dziś nie wiemy z całkowitą pewnością, kto naprawdę dokonał tej zbrodni. Powinniśmy posłużyć się podstawową kategorią prawną, zastosowaną już przez Lucjusza Kasjusza: cui bono? W przypadkach, kiedy nic o zbrodni nie wiadomo, zaczynamy śledztwa od takiego ustalenia: w czyim interesie? 

Propaganda antypolska 

Od samego początku komuniści rozpowszechniali wersję (na plakatach, ulotkach, w oświadczeniach), że zbrodnia „jest owocem rodzimej reakcji londyńskiej, Raczkiewiczów, Andersów i Borów-Komorowskich, kierujących z bezpiecznego miejsca ekspozyturami NSZ”. Chodziło im o wytworzenie przekonania – nie tyle na użytek opinii publicznej w kraju, co bardziej za granicą, że Polacy niczego nie nauczyli się podczas straszliwej wojny, są nadal „faszystami” i „antysemitami”.

 

Mogło to uwiarygodniać właścicieli Polski Ludowej przed Zachodem. Józef Stalin (ich mocodawca) od początku zdawał sobie sprawę, że jego podopieczni nie cieszą się w okupowanej Polsce żadnym poparciem. 3 października 1944 r. wypalił wprost do delegacji PPR z Bolesławem Bierutem (sowieckim agentem ps. „Iwaniuk”) w Moskwie: „Jak tak patrzę na waszą pracę, to – gdyby nie było Czerwonej Armii – to przez tydzień i was by nie było. […] Wystrzelaliby was jak kuropatwy!”.

 

Dlatego też PPR-owcy dramatycznie obawiali się braku „opieki” ze strony Sowietów. Władysław Gomułka (sowiecki agent ps. „Kowalski”) w 1945 r. rozpaczał, że nie można dopuścić do wycofania się Sowietów z Polski: „Nie jesteśmy w stanie walki z reakcją przeprowadzać bez Armii Czerwonej. […] Niesłusznym byłoby żądanie wycofania wojsk [sowieckich]. Nie mielibyśmy swoich sił, aby postawić [je] na ich miejscu”.

 

Jeszcze dosadniej wyraził to wiceminister MBP Franciszek Jóźwiak, komendant główny MO: „Nie jesteśmy u siebie gospodarzami. Pracują u nas bataliony sowieckie”. Dlatego komunistom w Polsce potrzebne były spektakularne sukcesy w zwalczaniu i „kompromitowaniu” sił niepodległościowych, dla nich – „polskiej reakcji”. Na masową skalę stosowano zatem zamiennie określenia o „polskim faszyzmie i antysemityzmie”, co sprawiało wrażenie, że tylko oni mogą panować nad sytuacją i to szczególnie uzasadnia ich władzę. 30 czerwca odbyło się tzw. referendum ludowe, które miało potwierdzić zmiany ustrojowo-polityczne dokonywane w Polsce Ludowej. Zostało ono brutalnie sfałszowane (przy bezpośredniej pomocy mjr. Aarona Pałkina z NKWD i jego ekipy). Musiały też odbyć się wybory do sejmu, zagwarantowane umowami międzynarodowymi.

 

Powyżej budynek przy ulicy Planty 7 w, którym dokonano morderstwa na Żydach.

Co mogło być lepsze i bardziej nośne propagandowo niż wykazanie przed opinią zachodnią, że tylko komuniści w Polsce są wstanie okiełznać i spacyfikować powszechny faszyzm i antysemityzm? Ale potrzebne były konkrety, nie tylko jadowita propaganda. 
 

Raport ks. bp. Kaczmarka 
Już w czerwcu 1945 r. do podobnych wydarzeń jak w Kielcach mogło dojść w Rzeszowie. W piwnicy budynku zamieszkałego przez Żydów znaleziono straszliwie okaleczone ciało 9-letniej Bronisławy Mendoń.

 

Po mieście krążyli osobnicy (niektórzy w mundurach oficerskich KBW) nawołujący do pogromu. Ta prowokacja się nie udała, choć wszystkie poszlaki wskazywały na określonych sprawców. Ówczesna prasa była już gotowa, lansując wersję o „faszystowskich sprawcach”. Potencjalni sprawcy natychmiast wyjechali, z czasem akta tej sprawy po prostu „zaginęły”. Mechanizm wydarzeń w Kielcach był podobny.

 

Tym razem jednak nie znaleziono ofiary „mordu żydowskiego”, tylko wytworzono wersję o porwanym i przetrzymywanym przez Żydów dziecku. Pierwszymi ofiarami zajść w Kielcach byli trzej Polacy, którzy zginęli na skutek postrzałów ze strony Żydów mieszkających w budynku przy ul. Planty 7. Byli też ranni od kul. Pogromu miał dokonać „20-tysięczny tłum”, zgromadzony przed domem, choć z bardziej rzetelnych przekazów wiadomo, że władzom udało się spędzić kilkaset osób.

 

Dużo szczegółów zawiera specjalny raport ks. bp. Czesława Kaczmarka, ordynariusza kieleckiego, przekazany ambasadorowi USA w Warszawie Arthurowi Bliss Lane’owi na początku września 1946 r., po starannym i rzetelnym zbieraniu wszelkich informacji. Ksiądz biskup Kaczmarek stał na stanowisku, że akcja nie była spontaniczna, nie było w nią zamieszane podziemie niepodległościowe. Co więcej, napisał w raporcie, że „2/3 Żydów zostało zamordowanych bronią wojskową”, ale wśród przedstawionych na procesie dowodów nie pojawiło się nic z tego zakresu! 

Dalej ksiądz biskup podnosił, że „zajścia kieleckie tymczasowy rząd polski [sic! komunistyczny] rozgłosił możliwie jak najbardziej, postarał się o to, by dowiedziała się o nich jak najobszerniej zagranica”. Warto dodać, że ks. bp Kaczmarek był w reżimowej prasie oskarżany o współudział w tej zbrodni, choć w tym czasie przebywał z dala od Kielc. W 1953 r. po długotrwałym śledztwie połączonym z torturami został skazany na 12 lat więzienia. Wykazał się niezłomną postawą.

 

Arthur Bliss Lane w swych pamiętnikach podkreśla, że nie miał żadnych wątpliwości co do sprawców tej zbrodni: „Wprawdzie gwałtowność pogromu mogła sprawiać wrażenie niekontrolowanego wybuchu nienawiści rasowej, ale zarówno źródła rządowe, jak i opozycyjne przyznawały, że nie miał on charakteru spontanicznego, lecz był wynikiem starannie opracowanego spisku. […] nie miałem ostatecznego dowodu na udział rządu w podżeganiu pogromu kieleckiego, ale z uwagi na niewiarygodną nieudolność, jaką wykazały w tej sprawie milicja i UB, zastanawiałem się, czy rządnie skorzystał chętnie z tej okazji, aby […] potępić swoich głównych krytyków”. 
 

Sfałszowane dokumenty 

Pośpieszny i urągający wszelkim normom „proces sądowy” nie doprowadził do ustalenia, ujęcia i osądzenia inspiratorów, mocodawców i sprawców. Skazano przypadkowe osoby, z których większość została zamordowana, choć dowody ich „winy” były co najmniej wątpliwe. Po 1989 r. śledztwo zostało wznowione. Przesłuchano setki świadków, ujawnione zostały nieznane przedtem dokumenty (w tym z archiwów UB), wyniki zostały opublikowane w 1997 r.

 

Mimo to żaden z kontrowersyjnych wątków nie został dotychczas wyjaśniony. Wyszły jednak na jaw nowe szczegóły, z których wynika, że od samego początku fałszowane były dokumenty urzędowe (co dziś uniemożliwia odtworzenie stanu faktycznego), zacierane były istotne ślady, mogące przyczynić się do – choćby częściowego – wyjaśnienia sprawy. W 1988 r. częściowo spłonęło – jakoby przypadkowo – archiwum WUSW w Kielcach, w tym dokumenty b. UB z lat 1945-1956.

 

Przez prasę przetoczyła się kilkakrotnie dyskusja na ten temat, przy czym część mediów, usiłując „udowodnić” winę Polaków, posługiwała się spreparowaną, skompromitowaną dokumentacją (np. tygodnik „Polityka”). Rzetelne wyjaśnienie tej sprawy jest zawsze możliwe, jeśli będzie silna wola polityczna. Co więcej, wobec agresywnej kampanii wobec Polski ze strony części środowisk żydowskich i lewackich jest to po prostu konieczne.

Leszek Żebrowski

Ocena: 

Nie ma jeszcze ocen

Skomentuj