"Lebensborn" czyli hodowla Aryjczyków i kradzież polskich dzieci przez Niemców

Kategorie: 

public domain

W czasach III Rzeszy nazistowska ideologia,  wpoiła sporej liczbie Niemców przekonanie o wyższości rasy germańskiej nad innymi ludami. Dbanie o czystość rasy stało się obowiązkiem każdego Niemca a współżycie przedstawiciela "herrenvolk" czyli "rasy panów" z "untermesch" czyli "podczłowiekiem",  stało się przestępstwem karalnym na podstawie kodeksu karnego.

 

Niemcy byli do tego stopnia obłąkani swą ideologią, że postanowili rozpocząć program hodowli perfekcyjnego Aryjczyka/Niemca. W tym celu utworzyli w 1935 roku organizację podlegającą SS nazwaną "Lebensborn" czyli "zródło życia". Prezesem organizacji został Henrich Himmler.

Organizacja ta posiadała całą sieć domów na terenie Niemiec i okupowanej Europy w tym Polski w, której funkcjonowało 5 ośrodków. Największy z nich w Smoszewie koło Krotoszyna  planowano rozbudować do rozmiaru "kombinatu hodowlanego" jak to określano w korespondencji niemieckiej.

Docelowo w ośrodku miano wybudować 500 małych domków w, których miały mieszkać pod troskliwą opieką wykwalifikowanego personelu młode matki i ich potomstwo. Matka mogła dziecko zatrzymać lub oddać do adopcji wyselekcjonowanej rodzinie zastępczej. Z planowanych 500 domków wybudowano 24.  

W domach tych, młode kobiety, ochotniczki, starannie wyselekcjonowane pod względem kryteriów rasowych odpowiadające  nazistowskiej wizji perfekcyjnego Niemca. Spotykały się z tak samo starannie wybranymi żołnierzami SS, którzy przed wyruszeniem na front mieli za zadanie zapłodnić niemiecką dziewuchę i zapobiec przez to stracie wartościowego materiału genetycznego w przypadku śmierci na froncie. Pod koniec wojny Lebensborn posiadał 17.000 uczestników.

      Powyżej opiekunka z dziećmi urodzonymi w jednym z domów Lebensbornu.

Członkiem tej organizacji (członkowstwo było płatne) teoretycznie mógł zostać każdy Niemiec po przejściu oczywiście badań kwalifikacyjnych, lecz w praktyce ponad 90%  uczestników programu należało do SS. Mimo wielkiego wysiłku w kierunku odnawiania niemieckiej krwi i hodowli nordyckiej rasy nadludzi oraz osobistego patronatu Henricha Himmlera, program trzeba raczej uznać za porażkę, gdyż w domach Lebensbornu urodziło się zaledwie około 11.000 dzieci.

Kradzież polskich dzieci

Produkcja dzieci w ośrodkach rozrodczych Lebenbornu, była tylko jednym ze sposobów na pozyskiwanie świeżej krwi aryjskiej. Innym procederem Lebensbornu, rozwiniętym na ogromną skalę  była rabunek dzieci z okupowanych krajów, głównie Europy centralnej i wschodniej. W proceder pozyskiwania dzieci włączone zostały sądy, urzędy stanu cywilnego, szpitale, sierocińce.

W miarę trwania wojny i ponoszenia gigantycznych strat w ludziach na wszystkich frontach wojny, Niemcy poczęli zwracać swą uwagę w kierunku jak to określali "wartościowej krwi" wśród podbitych narodów. Nie przeszkadzało im to, że niebieskoocy blondyni pochodzą ze słowiańskich "podludzi".

Tłumaczyli bowiem sobie, że są to bez wątpienia potomkowie German, którzy zamieszkiwali w odległej przeszłości pośród Słowian i ulegli asymilacji. Osoby takie były więc warte przywrócenia na łono germańskiego narodu. Według ostrożnych szacunków Niemcy porwali i poddali procesowi germanizacji około 200.000 dzieci

Rabunek dzieci często odbywał się w sposób brutalny. Ludzi nachodzono w domach i porywano dzieci pod nieobecność rodziców. W poszukiwaniu dzieci nadających się do adopcji i germanizacji w niemieckich rodzinach zastępczych, przeczesywano sierocińce i szpitale, zdarzało się, że zabierano od matek noworodki bezpośrednio po urodzeniu. Dzieci odbierano także robotnicom przymusowym, które urodziły już po wywiezieniu do Niemiec.

Po pozyskaniu dziecka do akcji wkraczała niemiecka machina biurokratyczna, mająca za zadanie zatrzeć jakiekolwiek ślady prawdziwego pochodzenia dziecka. Porwanemu dziecku tworzono  nową niemiecką już tożsamości. Germanizacja najmłodszych dzieci przebiegała bez problemów, ale dzieci większe, które potrafiły już mówić i pamiętały swoją rodzinę doświadczyły wielu traumatycznych chwil. Często przemocą wymuszano od nich narzucony obowiązek mówienia po niemiecku i zakaz wspominania o rodzinie.

Regularną praktyką była zmiana lub zniekształcanie imion i nazwisk porwanych dzieci. Karwinowski stawał się Karpersem, Mikołajczyk - Mickerem, a Sosnowska - Sosemann. Niektóre polskie nazwiska były tłumaczone na niemiecki: Olejnik - Oelmann, Młynarczyk - Mueller, Ogrodowczyk - Gaertner. Jeśli natomiast dziecko nosiło nazwisko o słowiańskim brzmieniu, nadawano mu typowe nazwisko niemieckie: Cieślak - Schueller, Rzamiak - Kramer, Czesławski - Zallinger. 

Podane przykłady są autentyczne i pochodzą z dokumentacji prawnika  Romana Hrabara, który z pełnomocnictwem rządu polskiego po wojnie do lat 50-tych zajmował się odszukiwaniem i sprowadzaniem do Polski porwanych dzieci z Terenu Niemiec i Austrii.

Roman Hrabar mający organizować pomoc społeczną w Katowicach zostaje wyznaczony przez Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej w lipcu 1946 roku do utworzenia listy dzieci wywiezionych do Niemiec. Zadanie nie jest łatwe Niemcy w końcowym okresie wojny zniszczyli wiele akt a inne wywiezli do Niemiec.

Powyżej  Pismo Lebensbornu z 18 grudnia 1943 do obywatela Niemiec Karola Müllera z zawiadomieniem, iż znaleziono dla niego dwóch chłopców (Sepp Piehl i Eugen Bartel) z, których jednego będzie mógł sobie wybrać. Chłopiec wymieniony w piśmie, Eugen Bartel, to dziecko polskie, które RuSHA w Łodzi przeznaczył do „ponownego zniemczenia”, a Lebensborn sfałszował metrykę urodzenia przerabiając oryginalne nazwisko Eugeniusz Bartczak

Ze strzępów dokumentacji odnalezionych w Grodkowie pod Opolem w byłym ośrodku wychowawczo-poprawczym udaje ustalić się dane  grupki porwanych dzieci, które zostały wywiezione z Grodkowa w nieznane miejsce. Z innego dokumentu udało się ustalić dane 49 dzieci i ich rodzin zastępczych w Austrii w okręgach Salzburg i Markt-Pongau. Pojawiają się pierwsze sukcesy, dzieci wracają do Polski i swoich prawdziwych rodzin.

Wieść o pracy Romana Hrabara roznosi się szybko po całym kraju. drzwi w jego biurze nie zamykają się a na biurku piętrzą się akta prowadzonych spraw i listy zrozpaczonych rodziców, którzy na nowo odzyskali nadzieję na odzyskanie zaginionego dziecka. Fragmenty listów opisują okoliczności porwania ich dziecka. Oto kilka z nich.

"Nie było mnie w domu. Po powrocie nie zastałam już mojego synka Krzysztofa. Miał 18 miesięcy. Dwóch gestapowców pobiło mojego starego ojca i dwie siostry, którzy bronili się przed oddaniem dziecka. Wywieziono je samochodem. Od tego czasu nie mam żadnej wiadomości o dziecku".

"Córeczka moja zachorowała. Udałam się do apteki, co trwało dłuższy czas. Po moim powrocie sąsiedzi ze strachem opowiadali, że jacyś ludzie w mundurach niemieckich z pielęgniarką wyważyli drzwi do mojego mieszkania i zabrali spazmujące dziecko do samochodu. Widziano przez szyby, jak samochód szybko odjechał. Nigdzie nic o dziecku nie mogłam się dowiedzieć"

 

Wielką pomoc w poszukiwaniach udziela Romanowi Hrabarowi Amerykanka Eileen Blackey pracowniczka organizacji UNRRA, także zajmująca się poszukiwaniami zaginionych dzieci. Roman Hrabar wyjeżdża do Heidelbergu w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Dostaje tam malutkie biuro i rozpoczyna pracę, obok niego tym samym zajmują się przedstawiciele z niemal wszystkich krajów europejskich oraz pracownicy żydowskich organizacji charytatywnych z USA.

W Bawarii w Ragensburgu w siedzibie UNRRy odnajduje nazwiska 4000 dzieci ze Śląska. Kartoteki są często wybrakowane i znajduje się w nich tylko lakoniczna adnotacja w stylu.

"Dziecko nie pamięta swojego nazwiska. Nie może sobie przypomnieć rodziców"

"Mówi, że nazywa się Stronk, ma 6 lat. Ojciec był wysoki. Mieszkał przy ulicy, po której jeździł tramwaj";

"Mówi, że miał brata i siostrę. Siostra nazywała się Anna. Imienia brata nie pamięta. Wiadomo, że przyjechała w 1944 r. transportem z innymi dziećmi ze wschodu"

"Zna niektóre polskie słowa, jak kot, pies, dobry, tak, nie, cukierek. Mówi, że jest z Polski. W języku niemieckim kończy jednak: ich bin ein Deutscher"

Innym razem z Polski nadchodzą dokumenty 146 polskich dzieci, które umożliwiły ich odzyskanie i połączenie z rodzicami w Polsce. Lata mijają i w miarę pogarszania się stosunków pomiędzy Zachodem a ZSRR Amerykanie i Brytyjczycy zaczynają piętrzyć trudności by uniemożliwić repatriację dzieci. Taka postawa wynika z przekonania, że nie powinno się jak to ujęli "powiększać siły biologicznej potencjalnego przeciwnika".   

Stoją na przykład na stanowisku, że dzieci volksdeutschów są Niemcami i pozostaną w Niemczech. Nie pomagają tłumaczenia, że za odmowę podpisania volks listy w okupowanej Polsce groziła wysyłka do obozu koncentracyjnego.  Mimo to Romanowi Hrabarowi udaje się odzyskać 25 małych Ślązaków z ośrodka opiekuńczego w "Schloss Hubertus" w mieście Oberlauringen, których Amerykanie nie chcieli wydać gdyż dzieci mówiły już tylko w języku niemieckim.  Hrabar udowodnił Amerykanom, że dzieci mają rodziców w Polsce.

  Powyżej Roman Hrabar  z odzyskanym dzieckiem

W wyniku pracy Romana Hrabara udało się sprowadzić do Polski 33.000 dzieci, w tym 20.000 z radzieckiej strefy, 11.000 ze stref aliantów zachodnich i 2000 z Austrii. Około 170.000 polskich dzieci nigdy nie wróciło do ojczyzny. Szacuje się, że dziś około 2 do 3 milionów ludzi na świecie jest potomkami uprowadzonych z Polski dzieci.

Jednym z sukcesów Romana Hrabara, który stał się głośny w całej Polsce było odzyskanie córek poznańskiego lekarza Franciszka Witaszka  Alodii i Darii. Dr Witaszek został stracony za udział w wielkopolskim ruchu oporu, a jego córki w dniu 9 IX 1943 r. zabrane przez gestapo i umieszczone w ośrodku "Lebensborn" w Kaliszu.

Tu, po zmianie imion i nazwiska na Wittke zostały oddane do adopcji. Alodia jako Alice w Niemczech, a Daria jako Dora do rodziny zamieszkałej w Austrii. Hrabar odzyskał je w listopadzie i grudniu 1947 roku. Matka odebrała dziewczynki na dworcu kolejowym w Katowicach, obie nie potrafiły już wypowiedzieć jednego słowa w ojczystym języku.

Polskie władze dążą do ukarania sprawców procederu porywania dzieci, w wyniku tych starań zaczyna się tak zwany VIII proces norymberski. Zeznają w nim dzieci odzyskane przez Romana Hrabara. Zeznają między innymi 15-letni Sławomir Grodomski-Paczesny z Łodzi. Opowiada przed sądem, jak został zabrany z domu do ośrodka, w którym nazwano go Karlem Grochmannem i wysłano do niemieckiej rodziny.

 Powyżej powitanie polskich dzieci po powrocie z Niemiec. Zdjecie pochodzi z Muzeum Historii Katowic.

Zeznaje także  Alina Antczak, że w zakładzie w Łodzi dokładnie ją zbadano, mierzono usta, nos, czaszkę. Opowiada jak zabrano ją do Niemiec i powiedziano, że nazywa się od teraz Hilda Anziger. Alina Antczak została umieszczona w niemieckiej rodzinie. W nowym domu często na nią krzyczeli i bili kiedy zapomniała się na moment i powiedziała coś po polsku.

W wyniku VIII procesu  norymberskiego całe kierownictwo organizacji Max Sollmann, Gregor Ebner oraz Günther Tesch zostało zwolnione z obowiązku odbywania kary, zaś jedyna kobieta postawiona przed sądem, Inge Viermetz, otrzymała uniewinnienie 2. klasy: „z braku dowodów”. W wyroku z 10 marca 1948 sąd uznał Lebensborn za „instytucję opiekuńczą” !

Sąd nie skazał osób odpowiedzialnych za akcję rabunku dzieci i przymusowe odbieranie dzieci kobietom z obozów koncentracyjnych. Decyzję tę po uznaniu przez część środowisk prawniczych za skandaliczną zakwestionował w 1950 niemiecki Trybunał Denazyfikacyjny w Monachium, uznając całość działalności Lebensborn za zbrodniczą.

Ocena: 

5
Średnio: 5 (1 vote)

Skomentuj