Lotniczy wrzesień 1939 roku cz2

Kategorie: 

public domain

W ostatnim fragmencie części pierwszej wspomniałem, że dopiero 23 marca 1939 roku marszałek Edward Śmigły-Rydz zadecydował o utworzeniu stanowiska Naczelnego Dowódcy Lotnictwa i Obrony Przeciwlotniczej. Stanowisko to objął gen Zając i skupił w swej osobie po raz pierwszy w historii lotnictwa większość kompetencji dotyczących kierunków rozwoju lotnictwa w tym polityki sprzętowej oraz planowania operacyjnego na wypadek wojny.

 

Oczywiście w marcu 1939 roku było za pózno by wprowadzone w polityce sprzętowej zmiany odniosły skutek i we wrześniu 1939 roku gen. Zając dowodził tym co pozostawili mu poprzednicy. Zdając sobie sprawę z iluzorycznej siły ofensywnej lotnictwa tworzonego przez gen. Rayskiego zmienił on koncepcję użycia lotnictwa z ofensywnego na defensywną, mając nadzieję, że do 1944 roku kiedy to spodziewano się wojny reforma będzie w dużej części wdrożona i funkcjonująca w jednostkach bojowych.

 

Ofensywny charakter lotnictwa tworzonego przez poprzednika gen Zając uznał za absurd a rozbudowywanie drogiego lotnictwa bombowego za marnowanie szczupłych środków. Z tego powodu w pierwszej kolejności ograniczył projekt PZL-37 Łoś do 124 egzemplarzy. Moim zdaniem posunięcie to było słuszne gdyż nawet gdyby projekt został zrealizowany w całości i w jednostkach znalazłoby się 380 Łosi jak planowano, była to liczba i tak zbyt mała by wyrządzić jakiekolwiek znaczące straty u potencjalnego przeciwnika jakim były Niemcy i ZSRR.

 

We wcześniejszych latach gen. Zając zarządził szereg ćwiczeń polowych z których jasno wynikało, ze lotnictwo bombowe w realnych warunkach bojowych będzie skuteczne tylko wtedy gdy będzie miało możliwość operowania w masie oraz możliwość wielokrotnego ponawiania ataków na ten sam cel.  Zaznaczyć też trzeba, że bombardowanie celu z lotu poziomego na dużej wysokości gwarantowało tylko kilku procentowe prawdopodobieństwo trafienia. Na dodatek nasze lotnictwo nie dysponowało bombami cięższymi niż 110 kg (przestarzałe bomby o wadze 300 kg odziedziczone po Niemcach były na wykończeniu) a nowoczesne bomby rodzimego projektu i produkcji o wadze 200 kg dopiero wchodziły na uzbrojenie.

 

Lepsze rezultaty osiągano co oczywiste w bombardowaniu z lotu koszącego lub nurkowego. W przypadku naszego lotnictwa te warunki nie zostały spełnione gdyż ani PZL-23-Karaś ani tym bardziej PZL-37 Łoś się do tego nie nadawały. Polskie lotnictwo nie spełniało powyższych warunków ponieważ nie posiadało rasowego bombowca nurkującego a także ze względu na swą małą liczebność i przygniatającą przewagę wroga zmuszone było operować z rozproszonych lotnisk polowych co uniemożliwiało działanie w masie. Operowanie z lotnisk polowych jak szumnie nazywane były łąki z których przyszło operować naszym samolotom, odbiło się także na tonażu przenoszonych bomb o wiele mniejszym od nominalnych możliwości, co naturalnie rzutowało na efektywność  nalotów.

 

Pod rządami gen. Zająca rozpoczęła się zatem transformacja lotnictwa (kolejna) tym razem słuszna. Odchodząc od koncepcji ofensywnej (rozbudowa lotnictwa bombowego) postanowiono skupić się na rozbudowie lotnictwa myśliwskiego (broniącego własne terytorium), którego narzędziami w przyszłości miały być lekkie myśliwce przechwytujące PZL-50 Jastrząb i docelowo jego rozwinięcie PZL- 53 Jastrząb II z silnikiem Waran o mocy do 1425 KM.

 

Desperacką próbą poprawienia możliwości punktowego rażenia przeciwnika przez nasze lotnictwo była próba przerobienia samolotu rozpoznawczo-bombowego PZL-23 Karaś na nurkujący samolot bombowy. Efektem tych prób był PZL-42, pomimo pewnych sukcesów projekt zaniechano i kontynuowano rozwój samolotu PZL-46 Sum. Samolot ten miał być następcą PZL-23 Karaś. Choć dużo bardziej nowoczesny ciągle powielał błędną koncepcję samolotu rozpoznawczo-bombowego z natury o tylko drugorzędnych możliwościach bombowych.

 

Powodem zaniechania prac nad bombowcem nurkującym była prawdopodobnie ciągle pokładana nadzieja w uniwersalnej maszynie PZL-38 Wilk, która to w założeniach mogła pełnić rolę myśliwca bombardującego.  O ile wizja posiadania dwusilnikowego ciężkiego myśliwca uniwersalnego (pościgowego) kusiła w połowie lat trzydziestych o tyle początek lat czterdziestych i działania wojenne udowodniły, że była to i tak ślepa uliczka. Przekonali się o tym boleśnie Niemcy w czasie Bitwy o Anglię. Ich maszyny typu Bf-110 stały się łatwym celem dla lekkich myśliwców przechwytujących typu Spitfire czy Hurricane i nie mogły się równać z nimi w walce kołowej ustępując przeciwnikom manewrowością.

 

Jak zatem widać gen. Zając podjął próbę budowy lotnictwa, realnie silnego w wybranych obszarach. Oznaczało to odejście od budowania lotnictwa w "szerz" na rzecz lotnictwa wyspecjalizowanego czyli w "głąb". Zamiast obarczania lotnictwa wieloma zadaniami i oczekiwaniami co skutkowało mnożeniem typów samolotów w składzie lotnictwa (samolot rozopoznawczo-bombowy czyli liniowy, samolot rozpoznawczy czyli towarzyszący, samolot bombowy, samolot pościgowy, samolot myśliwski).  

 

Postawiono wreszcie na rozwój lotnictwa myśliwskiego co miało sens biorąc pod uwagę warunki rodzimego teatru działań wojennych i potęgę potencjalnych przeciwników. Niestety stało się to za pozno i młody, niesamodzielny, uzależniony od zagranicznych dostawców przemysł lotniczy w Polsce, nie dał rady zrealizować postawionych mu zadań (chroniczny brak odpowiednich silników). Zwłaszcza program "Łoś" na tym cierpiał pomimo, że samolot był konstrukcją rodzimą wymagał importu bardzo dużej części komponentów, co powodowało duże opóznienia.

 

Gen. Zając nie miał złudzeń, że wykorzystanie lotnictwa rozpoznawczo-bombowego i bombowego do ataków na cele położone w głębi terytorium wroga jak to przewidywał ofensywny plan gen Rayskiego okaże się bronią jednorazowego użytku. A użyte w tym celu "Karasie" i "Łosie" zostaną zmasakrowane. Nad terytorium wroga gdzie przeciwnik dysponował rozwiniętą strefą dozoru i obrony przeciwlotniczej  szczególnie narażone byłyby samoloty PZL-37 Łoś bardzo wrażliwe na przeciwdziałanie przeciwnika nie dysponujące żadnym opancerzeniem, zbiornikami samouszczelniającymi czy nawet dostatecznym uzbrojeniem defensywnym. Jedynym atutem tego samolotu miała być jego rzeczywiście imponująca prędkość. Sama prędkość jednak nie uchroniła naszych Łosi od ataków niemieckich myśliwców (o czym przekonamy się w kolejnej części)

 

Według własnych obliczeń Dowództwa Lotnictwa i Obrony Przeciwlotniczej 253 "Karasie" (114 w pierwszej linii) oraz 37 "Łosi" , które zdążono wyprodukować i wprowadzić do służby przed wybuchem wojny. Nawet przy ograniczonym użyciu taktycznym w działaniach obronnych nad własnym terytorium, przy relatywnie niskich stratach "zaledwie" kilkunastu maszyn dziennie, wystarczyłoby na maksymalnie cztery tygodnie działań i to przy założeniu, że nasze lotnictwo nie zostanie zaskoczone na lotniskach pierwszego dnia i nie poniesie tam strat.

 

Do takich zadań właśnie, nad własnym terytorium i bliskim zapleczu nieprzyjacielskich jednostek lądowych sformowano właśnie Brygadę Bombową. Do której obok samolotów PZL-23 Karaś wcielono nieliczne (37 sztuk) samoloty PZL-37 Łoś. Brygada Bombowa składała się z obu dostępnych w momencie wybuchu wojny dywizjonów 210 i 215 (cztery eskadry) wyposażonych w "Łosie" oraz w 5 z pośród 12 eskadr wyposażonych w "Karasie".  Dywizjony wyposażone w "Łosie"  doposażone zostały w stare bombowce typu Fokker F-VII przeklasyfikowane na samoloty transportowe i w takim charakterze użyte.

 

Dywizjony wyposażone w "Karasie" wyposażone zostały także w stare Fokkery F-VII i dodatkowo w samoloty rozpoznawcze RWD-8. Łącznie w Brygadzie Bombowej służyło 37 samolotów PZL-37 Łoś, 50 samolotów  rozpoznawczo-bombowych PZL-23 Karaś, 12 samolotów transportowych Fokker F-VII oraz 9 samolotów rozpoznawczych RWD-8.

 

23 sierpnia została ogłoszona a 24 rozpoczęła się mobilizacja alarmowa lotnictwa. Jak się szybko okazało, planowane osiągnięcie gotowości bojowej przez jednostki lotnicze w ciągu 24 godzin było mrzonką. Kompletowanie załóg przeciągnęło się o kilka dni, brakowało też podstawowego wyposażenia samolotów jak na przykład w 215 dywizjonie wyposażonym w "Łosie". 26 sierpnia nie zdołano zakończyć mobilizacji i większość eskadr i rzutów naziemnych ciągle pozostawała na pokojowych lotniskach.

 

Warto pamiętać, że to właśnie 26 sierpnia był początkowo datą inwazji niemieckiej na Polskę. Termin ten został odwołany i przesunięty dosłownie w ostatniej chwili przez Hitlera. Gdyby nie wahanie tyrana i polityczne zawirowania, lotnictwo polskie zostałoby tego dnia zaskoczone i zniszczone na lotniskach pokojowych. Tak się jednak nie stało i Brygada Bombowa oraz całe lotnictwo polskie zdołało się uchylić i uniknąć potężnego ciosu zadanego przez Luftwaffe. Tym razem niemieckie bomby spadły na puste lotniska wyrządzając małe straty w sprzęcie i personelu.

 

Dopiero 27 sierpnia rzuty kołowe rozpoczęły przemieszczanie się koleją na wskazane lotniska polowe, samoloty eskadr ciągle jednak pozostawały na lotniskach pokojowych. Po przybyciu na miejsce rzut kołowy stwierdził, że część z wyznaczonych lotnisk polowych nie nadaje się do użytku z powodu złego stanu lub braku infrastruktury. Także z powodu małej ilości środków transportowych w rzucie kołowym przede wszystkim cystern, przybyłe na wyznaczone lotniska samoloty pozostawały 1 września wieczorem a więc już po wybuch działań zbrojnych bez bomb i paliwa. Z tego powodu Brygada Bombowa weszła do akcji 2 września.

 

W kolejnej, ostatniej części cyklu postaram się opisać cztery dni istnienia Brygady Bombowej, jej działania wraz z efektami oraz straty poniesione przez jednostkę. Pokuszę się także o podsumowanie lotniczego września.

Ocena: 

Nie ma jeszcze ocen

Skomentuj